czwartek, 20 maja 2010

Brunoscha kolorowa zupa kalafiorowa

Inspiracja zaczerpnięta z bardzo starego wątku o sezonie kalafiorowym na forum Kuchnia z roku pańskiego 2005. Od tegoż to pamiętnego roku zupa ta gości na naszym stole, gdy tylko w sklepie pojawiają się prawdziwie młode i świeże kalafiory. W tym sezonie była już dwa razy, za każdym razem trochę inaczej.
Przepis oryginlany został przeze mnie troszkę zmodyfikowany, ale podstawowe składninki są oczywiście zachowane. Poniższy opis przygotowania zupy jest w zasadzie prawie dokładnym cytatem ze wspomnianego wątku.

Kalafior podzielić na zgrabne różyczki, ugotować w bulionie dodając różne przyprawy. Brunosch proponował kminek, liść laurowy i rozmaryn (jak ktoś lubi).Ja z kminku rezygnuję, ale liść laurowy dodaję. Dla ładniejszych kolorów dodaję też brokuł.
- dodać przeciśnięty ząbek czosnku
- wybrać i odłożyć najzgrabniejsze   różyczki, resztę zmiksować
- dodać pomidory pokrojone w kostkę (lub zapuszkowane, ale odcedzone z płynu)
- dodać pokrojony szczypiorek (u mnie dymka) i nać pietruszą, a ja ponieważ uwielbiam koperek więc dodaję go dość dużo.
- Doprawić solą, pieprzem, i ewentualnie bazylią. Podawać z zaoszczędzonymi różyczkami kalafiora i brokuła i jeszcze czym się chce, np. marchewką.

Zamiast kanapki


 Tak właśnie wyglądają ostatnio moje śniadania, jeśli nie ma w domu świeżo upieczonych bułek;) Papryka nafaszerowana tutejszym serkiem homogenizowanym o ładnej nazwie Kesella*, sałatą, jajkiem i dużą ilością dymki. Farsz można sobie urozmaicać w rózny sposób np. serkiem granulowanym, zwykłym twarożkiem z ziołami (po wizycie w polskim sklepie, oczywiście), czy róznymi pastami zwykle używanymi do kanapek. Często zamiast papryki używam też cykorii. Wariacji na temat jest niezliczona ilość. Jest to dobre śniadanie lub lunch w II fazie diety Dukana

* Co ciekawe w Szwecji ten serek   używany jest głównie przy pieczeniu - czego przykładem są lussebullar czy lussekatter, bardzo popularne, słodkie bułeczki  z szafranem i rodzynkami, pieczone w okolicach dnia Św. Łucji (13 grudnia). Nigdy nie spotkałam się z nim w innych okolicznościach.

środa, 19 maja 2010

Prosta zupa szparagowa

W końcu nadszedł i u nas sezon na szparagi. Oczywiście mamy szparagi z Peru i Chile również w zimie, ale to nie  to samo. Na razie na targu dominują szparagi przywiezione z Niemiec, ale już za parę dni powinny pojawić się szparagi z Gotlandii i one  na prawdę smakują jeszcze lepiej. No ale trudno się oprzeć, żeby nie kupić szparagów niemieckich, skoro cena zeszła już do niespełna 3 € za kilogram.

Na cztery porcje zupy potrzebujemy:
400 g zielonych szparagów
1 por
50 g masła
6 dl wody, w której gotowały się szparagi
1 kostka bulionu warzywnego)* (bio)
sól & pieprz
po 1 łyżeczce świeżych ziół - np. szłwia, pietruszka i oregano
2 dl słodkiej śmietanki
1 dl creme fraiche  lub gęstej kwaśnej śmietany.
Od umytych szparagów odłamać zdrewniałe końcówki,  pokroić na kilkucentymetrowe kawałki zachowując główki szparagowe. Oczyszczony i umyty por pokroić (ja używam nie tylko białej części, ale również zielonej) i poddusić na patelni na maśle, aż będzie miękki.
Ugotować szparagi bez główek - kilka minut, dodać podduszony por, kostkę bulionową, śmietankę i zagotować. Doprawić ewentualnie solą i pieprzem. Zmiksować zupę. Dodać świeże zioła. Podawać z łyżeczką creme fraiche lub śmietaną, dekorując zupę świeżymi łebkami szparagów.
Z porządną kanapką, może być lekkim obiadem dla czterech osób a bez dodatku pieczywa przystawką dla tej samej ilości gości. Jest oczywiście niezliczona ilość przepisów na zupę szpragową, ale ja jestem dość przywiązana do mojej wersji.
* używam najczęściej ekologicznego bulionu niemieckiej firmy Natur Compagnie

wtorek, 18 maja 2010

Orkisz & żurawina

Jeśli z marchewką, to dlaczego nie z żurawiną? Wiedziałam, że w zamrażalniku mam żurawinę, kupioną na fali jejże propagowania, jako kolejnego, cudownego, naturalnego leku na większość dolegliwości człowieka wspólczesnego. W sklepach pojawiły się soki żurawinowe, żurawina suszona i mrożona, tabletki żurawinowe  - żurawina jednym słowem jest małą czarną naszych czasów - to znaczy dobra na wszystkie okazje.


Z podanej ilości wyszło 8 bułek  i 1 bochenek chleba. 
100 g płatków orkiszowych namoczyć w 200 g (2 dl) wody
170 g mrożonej żurawiny zalać wrzątkiem Poczekać aż nasiąkną i ostygną.
Następnie:
100 g zakwasu żytniego
10 g świeżych drożdży
550 g mąki orkiszowej
3 lyżki ziaren psyllium
5 łyżek ziaren słonecznika
12 g soli (2 łyżeczki)
200 g letniej wody (2 dl)

Rozpuścić drożdże w odrobinie letniej wody, dodać sól oraz kolejno wszystkie składniki (żurawinę odcedzić) i wyrobić ciasto (w  maszynie ok. 8 minut). Ciasto, dzięki zurawinie, miało bardzo interesujący kolor. Jeśli będzie zbyt rzadkie dodać suche płatki orkiszowe. Ma być jednak dość luzne. Przykryć miskę folią i dać ciastu rosnąć do czasu podwojenia objętości (u mnie ok.2 godzin). Wymieszać drewnianą łyżką i zostawić na koleją godzinę. Następnie wyłożyć ciasto na posypany  porządnie mąką blat i podzielić na dwie części. Jedną część przełożyć do wysmarowanej blachy (moją blachę wysypałam też maką razową) a drugą podzielić na mniejsze części, i uformować bułki. Oczywiście, jeśli chce się upiec tylko bułki, to formuje się tylko bułki;). Popędzlować wierzchy woda lub mlekiem i posypać płatkami orkiszowymi. Przełożyć bułki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (lub silikonową matą) i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę. Nagrzać piekarnik do 250 stopni, piec bułki ok. 15 minut a chleb ok. 40 minut. Zostawić do wystudzenia na kratce.Wyszło mi zbyt rzadkie ciasto i bułki wyszły bardzo płaskie. Następnym razem zwiększę ilość mąki.
Posypka się obsypuje w dalszym ciągu. Bułki nie są zbyt efektowne  w wyglądzie - płaskie i dość blade - ale smak wynagradza brak urody. Są pyszne - ziarna słonecznikowe, lekki orzechowy smak orkisza/u i kwaśno-gorzka żurawina są niezwykle udaną kompozycją smakową. Smakują świetnie z serkiem philadelphia. Polecam gorąco.
PS. Wiosenne impresje sztokholmskie. Widok z restauracji lunchowej w centrum miasta i targ warzywny też w centrum.

Klasyka, czyli 3 x jajka i trochę o lecie w Sztokholmie

Do Sztokholmu zawitało lato. Wiosna trwa wprawdzie dopiero od niespełna trzech tygodni, ale tak to właśnie tu bywa na północy. Wszystko na raz kiełkuje, kwitnie, zieleni się i jednocześnie pyłkuje. Ale co tam kichając, czy nie wszyscy mieszkańcy miasta wylegają na trawniki i ławki w parkach,  wystawiając się do słońca w każdej wolnej chwili. Mieszkamy w pobliżu jednego z największych i najpiękniejszych parków w centrum miasta i, jak co roku, obserwujemy początek sezonu piknikowego - w weekendy koczujące na trawie rodziny, czy grupy przyjaciół z koszykami jedzenia, a w dni powszednie emeryci, matki z dziećmi, frilanserzy i ci którzy "pracują w domu". W godzinach południowych do parku schodzą, ci którzy "pracują w pracy", aby chociaż godzinę przeznaczoną na lunch, spędzić na słońcu, zajadając kupione na wynos sałatki lub kanapki. Szwedzi kochają słońce - nie ma w tym nic dziwnego, są go bardzo spragnieni - jak słoneczniki zwracając się zawsze w jego kierunku. Sztokholm o tej porze roku nabiera niezwykłego uroku - dominująca świeża zieleń, kolory kwitnących kwiatów i drzew,  i słońce, odbijające się we wszechobecnej w tym mieście wodzie,  i białe noce...


Nastąpił więc czas wysprzątania balkonu, zasadzenia kwiatów w skrzynkach i przeniesienia się na balkon z jedzeniem. A w związku z jedzeniem czas powrócić do tematu. Mieliśmy długi weekend i czas na długie śniadania na balkonie.
Piątkowe śniadanie to pasta z jajka do świeżego chleba.
Pasta z jajka na 3 osoby:
- 3 jajka ugotowane na twardo,
- kilka plasterków pokrojonej szynki
- dużo pokrojonej dymki,
- kilka łyżek majonezu,
- sól & pieprz.

Obrać jajka, rozgnieść widelcem, dodać pozostałe składniki i wymieszać. Gotowe.
W czasie śniadania narodziła się koncepcja śniadania na dzień następny, w temacie jajek. Czyli jajka faszerowane, ulubione przez całą rodzinę. Na szczęście można je przygotować wieczorem poprzedniego dnia, więc nie oponowałam specjalnie. Nie da się ukryć, że godziny poranne nie są moją ulubioną porą dnia, a na pewno nie jestem w stanie wykonywać rano zbyt skomplikowanych działań.


Jajka faszerowane na ciepło na 3 osoby:

- 6 jajek ugotowanych na twardo
- 12 dorodnych pieczarek
- 100 g utartego sera - u nas chedar
- dużo pokrojonej dymki
- sól & pieprz
- tarta bułka
Ugotowane jajka przepołowić, starając się nie uszkodzić skorupek. Wyjąć delikatnie ich zawartość tzn. białko i żółtko. Rozgnieść widelcem. Obrane i pokrojone pieczarki podsmażyć na patelni na odrobinie masła. Dodać pieczarki i dymkę do masy jajecznej, wymieszać i doprawić. Wypelnić masą nieuszkodzone skorupki, każdą połówkę "zanurzyć" w bułce tartej. Zostawić na noc w lodówce.
Następnego dnia rano podsmażyć jajka na patelni, bułką do dołu najlepiej na maśle. Zjadać nie myśląc o kaloriach, cholesterolu i innych tego typu niemądrych rzeczach.





Ponieważ zwykle przygotowuję jedzenie "jak dla pułku wojska", tak i tym razem,  jajek było więcej, nie wszystkie skorupki były w stanie zdatnym do użycia,  zostało trochę za dużo samego farszu. I w dodatku zostało trochę pasty jajecznej, Z tego wszystkiego, razem zmieszanego, powstały kotlety jajeczne, zjedzone na słonecznym balkonie w porze lunchu.
Farsz należy uformować kotlecikowo, obtoczyć w bułce tartej, podsmażyć na patelni na rumiano i zjeśc z dobrą sałatką i chlebem,  lub bez chleba.
I w dalszym ciągu nie należy myśleć o cholesterolu. Gdybym o tym myślała to chyba źle bym się czuła psychiczne,  ponieważ jajka mogę jeść bez przerwy i najchętniej z majonezem;)


Jak już 100 razy napisałam, pogoda była przecudna, więc wybraliśmy się na spacer po naszym wspaniałym parku. Uznałam, oczywiście, że to znakomita okazja aby założyć moje, nowo zakupione spodnie, cienkie i przewiewne, szerokie - no po prostu cudne- szarawary.
Idziemy sobie i idziemy i zadowolona mówię:
- Wiesz, te spodnie są tak cudownie przewiewne, tak jakbym ich nie miała na sobie.
Na to M:
- To po co wydałaś na nie tyle pieniędzy?

piątek, 14 maja 2010

Marchewkowo-owsiane bułki

Inspirację do dzisiejszych bułek  znalazłam na szwedzkim blogu kulinarnym  Rebeccas Kitchen. Bardzo spodobała mi się kombinacja marchewki z płatkami - jakaś taka "zdrowa",  prawie jak surówka. Przepis oczywiście zmodyfikowałam i w ten sposób powstały te oto własnie marchewkowo-owsiane bułki.
Z podanej ilości wyszło 8 dużych bułek i 1 spory bochenek chleba. 
150 g płatków owsianych namoczyć w 250 g (2,5 dl) wody
70 g pokruszonych (czy też zmiażdzonych ziaren owsa - ja kupuję gotowe  tzw. havrekross) zalać wrzatkiem. Niech postoją sobie godzinę. Następnie do pracy nad właściwym ciastem.
100 g zakwasu żytniego
10 g świeżych drożdży
130 g utartej dość grubo marchwii (jedna naprawdę duża lub 2 małe)
600 g mąki pszennej (użyłam Manitoba cream)
3 lyżki siemienia lnianego
12 g soli (2 łyżeczki)
200 g letniej wody (2 dl)

Rozpuścić drożdże w odrobinie letniej wody, dodać sól oraz kolejno wszystkie składniki i wyrobić ciasto (w
 maszynie ok. 8 minut). Jeśli będzie zbyt rzadkie dodać suche płatki owsiane. Ma być jednak dość luzne. Przykryć miskę folią i dać ciastu rosnąć do czasu podwojenia objętości (u mnie ok. 1,5 godziny). Wymieszać drewnianą łyżką i zostawić na koleją godzinę. Następnie wyłożyć ciasto na posypany  porządnie mąką blat i podzielić na dwie części.
Jedną część przełożyć do wysmarowanej blachy (moją blachę wysypałam też maką razową) a drugą podzielić na mniejsze części, z których należy uformować bułki. Oczywiście jeśli chce się upiec tylko bułki, to formuje się tylko bułki;). Popędzlować wierzchy woda lub mlekiem i posypać płatkami. Przełożyć bułki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (lub silikonową matą) i pozostawić do wrośnięcia na ok. 1 godzinę. Nagrzać piekarnik do 250 stopni, piec bułki ok. 15 minut a chleb ok. 40 minut. Zostawić do wystudzenia na kratce.
Bułki są naprawdę pyszne - chleb zresztą również. Niestety nie wiem dlaczego posypka się się strasznie obsypuje.
Przepis dorzucam do durszlakowych akcji: Festiwal płatków owsianych oraz Śniadanie majowe.

czwartek, 13 maja 2010

Pasta z awokado i fety

Uwielbiam awokado w każdej konstelacji. Najczęściej jem jako lunch z białym serkiem granulowanym (typu wiejski) i kilkoma pomidorami koktailowymi. I taki lunch mogę jeść codziennie. Ale często robię też guacamole oraz różnorodnego rodzaju pasty do kanapek, lub do chlebka pita.



Tym razem pasta kanapkowa.
Na kilka kanapek:
1 awokado
50 g fety
świeża bazylia
natka pietruszki
trochę wyciśniętego czosnku (opcjonalnie, dla wielbicieli, którzy nie idą do pracy po spożyciu pasty)
Awokado rozgnieść z fetą, dodać zioła i gotowe. Nie może być łatwiej. Tym razem jedliśmy ze świeżym chlebem orkiszowym.
Dla tych, którzy nie przepadają za fetą jest opcja z serem typu Philadelphia lub ze  zwykłym twarożkiem. Oczywiście wtedy potrzebna będzie odrobina soli, która jest zupełnia niepotrzebna w przypadku wersji z fetą.

Więcej o awokado tutaj.



I w temacie awokado mała ciekawostka. To znaczy niezbyt mała - o wadze ponad pól kilograma. Była to ciekawostka przynajmniej dla mnie. Widziałam je po raz pierwszy w życiu, bedąc kilka dni temu w Paryżu i oczywiście musiałam kupić.
Przepis w ramach akcji
 Majowe sniadanie

Chleb orkiszowy z rozmarynem

Ponieważ chleb potrzebny był pilnie, znowu zastosowałam metodę garnkową.  Dodałam do ciasta suszoną zieloną pietruszkę, mając nadzieję na jakieś ciekawe efekty kolorystyczne.
 Na jeden bochenek potrzebujemy:
100 g (1dl) zakwasu żytniego,
300 g (3 dl) wody,
6 g świeżych drożdzy,
350 g (6 dl) mąki orkiszowej pełnoziarnistej,
2 łyżeczki suszonej natki pietruszki1 łyżeczka rozmarynu
1 łyżka nasion słonecznika
6 g (1 łyżeczka) soli,
Wymieszać wodę i mąkę, drewnianą łyżką do polączenia się wszystkich składników. Zostawić przykryte na 30 minut, dodać sól, rozpuszczone w odrobinie wody drożdże, wszystkie nasiona oraz zakwas i wymieszać ponownie.
A potem ja zwykle powtarzamy to co dotyczy wszystkich chlebów pieczonych tą metodą, czyli znowu wklejam info.
Przykryć folią plastikową i zostawić na 1 godzinę. Po godzinie wymieszać ciasto za pomocą łyżki, mieszając od dołu do góry, uzyskując w ten sposób coś w rodzaju naprężania ciasta.Powtórzyć tę czynność dwukrotnie, co godzinę. Ciasto rośnie wyraźnie w tym czasie. Po ostatnim naprężaniu pozwolić, żeby ciasto rosło, aż się podwoi. Wyłożyć ścierką kuchenną durszlak, koszyk lub miskę. Posypać ścierkę sporą ilością mąki. Wyłożyć to rzadkie ciasto na posypany mąką blat, rozciągnąć w kształt kwadratu i poskładać formując zgrabną paczuszkę - co nie jest banalnie proste ze względu na konsystencję . Przełożyć paczuszkę do durszlaka i przykryć ścierką. Ciasto ma trochę urosnąć. U mnie trwało to ok. 1 godziny. W tym czasie nagrzać piecyk do temperatury 250 stopni, wstawiając do środka żeliwny garnek z pokrywką, lub inne naczynie z pokrywką. Wyjąć nagrzany garnek z piekarnika, i przełożyć delikatnie ciasto do garnka. Przykryć i wstawić do pieca. Po 15 minutach zdjąć pokrywkę, zmniejszyć temperaturę do 230 stopni i dopiec chleb przez 20-25 minut. Wyjąć garnek i wyrzucić chleb do ostygnięcia na kratkę.
Chleb jest bardzo dobry, dość zbity chyba przez zastosowanie tylko mąki pełnoziarnistej,  a rozmaryn jest wyczywalny w smaku w sposób bardzo przyjemny. Niestety nie uzyskałam żadnych fascynujących efektów kolorystycznych - nie mam pojęcia, gdzie ta pietruszka się podziała.

środa, 5 maja 2010

Zamykam piekarnię w Sztokholmie....

....na kilka dobrych dni.
Zobaczymy jakie chleby pieką w Paryżu:)
Mam nadzieję, że piekarnia Moniki będzie nadal otwarta.
Niestety czasu starczyło tylko na zrobienie zdjęcia przez szybę sklepu ze zdrową żywnością, jeśli dobrze pamiętam w pobliżu Boulevard de SÉBASTOPOL. Następnym razem może będzie lepiej.