Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wege. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wege. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

Cheesecake z serem Västerbotten


Od dość dawna przymierzałam sie do wytrawnego sernika, ale w końcu minęło sporo czasu zanim zabrałam się do jego wykonania. I muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z rezultatu. Sernik pasuje znakomicie jako przystawka lub jeden z elementów większego bufetu. Polecam.

Jako spodu użyłam chleba o nazwie kavring - ciemnego i zwartego o dość specjalnym, lekko słodkawym smaku - ale spokojnie można go zastąpić jakimkolwiek razowym chlebem lub kexami w rodzaju digestive. 

Ser Västerbotten to jeden z bardziej udanych szwedzkich wynalazków o dojrzałym, zdecydowanym smaku. Można zastąpić np. serem Cheddar.



Potrzebujemy: (do okrągłej formy z odzielanym spodem ok. 24 cm) 
  • ok. 200 g chleba lub kexów
  • 100 g masła
  • 300 g serka  Philadelphia lub podobnego
  • 200 g sera - smak wg. uznania
  • 2 duże jajka
  • zielony pieprz (lekko zmiażdżony) ilość wg. uznania
  • sół, pieprz
  • rzodkiewki
  • ogórki lub inne rzeczy do dekoracji (szczypiorek, 
  • różne kiełki itp)




I co dalej:
  1. Zmiksować rozpuszczone masło z chlebem lub kexami. Wyłożyc "ciastem" formę i odstawić na 30 min. do zamrażalnika.
  2. Zmiksowac razem wszystkie składniki wierzchu. Można zrezygnować z zielonego pieprzu i użyć suszonych pomidorów, oliwek lub innych ulubionych dodatków.
  3. Przełożyć przygotawaną masę na schłodzony spód i piec ok. 40 min. w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
  4. Przed podaniem wystudzić, podzielić na porcje i przybrać czym się chce. Ja użyłam kiełków buraczanych, w których sie ostatnio zakochałam bo są moim zdaniem bardzo malownicze:)

czwartek, 2 stycznia 2014

Na poczatek roku rozgrzewajca zupa z warzyw korzeniowych

Wiadomo chyba, że nie mogłabym zacząć nowego roku bez zupy. Więc zaczynam zupą z warzyw korzeniowych lub bulwiastych jak kto woli. Pogoda tej zimy jest paskudna więc jedynym sposobem na poprawienie sobie humoru po niezbyt przyjemnym spacerze jest miska rozgrzewającej, kremowej zupy. 
Bardzo przyjemny jest też złocisty kolor tej zupy, choćby przez kontrast do totalnej szarzyzny panującej na dworze. Nawet mój ukochany szlak spacerowy na Norr Mälarstrand prawie zupełnie się nie broni w tej szarości. Mniejsza z tym przejdzmy do rzeczy czyli zupy.

Składniki:

  • por lub cebula
  • ząbek czosnku
  • 4 ziemniaki
  • 4 marchewki
  • 2 pietruszkowe korzonki
  • pół selera 
  • kawałek rzepy lub kalarepki ew. innej ulubionej bulwy
  • masło
  • 300 ml śmietanki 30/40 procentowej
  1. Zeszklić pokrojony por lub cebulę na maśle i pod koniec dodać wyciśnięty czosnek.
  2. Obrać i pokroić wszystkie bulwy i korzonki, wrzucić do garnka z cebulą i zalać wodą tak by warzywa były tylko zakryte.
  3. Gotować do miękkości wszystkich składników - posolic ew. dopieprzyc.
  4. Dodać śmietankę i zmiksować całość, posmakować i ewentualnie doprawić.
  5. Podawać posypaną pietruszką z chrupiacym chlebem.
I to wszystko. Ta zupa nie potrzebuje nic więcej przede wszystkim dlatego, że sezonowe bulwy maja same w sobie cudowny smak a użycie nielightowych masła i śmietanki tylko go podkreśla.

A na zakończenie życzenia:

PS. Zauważyłam, że jak się pracuje profesjonalnie w branży to jest jakoś mniej czasu na blogowanie.
Ale postaram się mimo wszystko publikować częściej. L

niedziela, 19 lutego 2012

Pieprznik trąbkowy w kremowej grzybowej

Ciekawe ile razy już tutaj pisałam na temat mojej miłości do zup - nie chce mi się sprawdzać - ale pewnie przy okazji każdego, publikowanego tutaj przepisu zupnego. Tak czy inaczej, nie przejmując się swoim własnym gadulstwem, powtarzam raz jeszcze: zupy kocham i będę je propagowała zagorzale, tym bardziej, że w kraju, w którym mieszkam obecnie, są traktowane niezwykle po macoszemu. A zupy - szczególnie te gorące, rozgrzewające nas w zimie, treściwe i bardzo pożywne - są niezwykle bliskie mojemu sercu. Więc czas na jedną z moich 100 ulubionych - grzybową, kremową.

 Do przyrządzenia akurat tej zupy użyłam 3 rodzajów grzybów, leśnych pieczarek, suszonych prawdziwków i pieprznika trąbkowego. 
Pieprznik trąbkowy (Craterellus tubaeformis) – gatunek grzyba z rodziny pieprznikowatych, o którym więcej możecie poczytać tutaj. W Szwecji nazywany jest trattkantareller co oznacza dosłownie kurki lejkowate - choć oczywiście kurki należa do innej grupy grzybowej - zabawna i bardzo trafna nazwa moim zdaniem. Jednak polska nazwa dużo bardziej mi się podoba.
Według Wikipedii nie jest zbierany w Polsce. Ciekawe dlaczego?

 Zdjęcie obok bezczelnie skopiowałam z Wikipedii, za co przepraszam.

Składniki na 4 porcje albo trochę więcej:  
  • 400 g pieczarek leśnych
  • spora garść suszonych prawdziwków
  • 200 g pieprznika (oczywiście niekoniecznie, można zastąpić innymi grzybami, lub po prostu pieczarkami
  • 2-4 ząbków czosnku
  • 1 cebula
  • 1 cebula
  • 150 ml białego wina (można pominąć)
  • 0, 75 l bulionu warzywnego
  • sól, pieprz, tymianek, pietruszka i oregano
  • kilka łyżek creme fraiche

I co dalej:
  1. Namoczyć suszone grzyby w odrobinie wody na przynajmniej 30. min - wode z moczenia zachować.
  2. Obrane i pokrojone pieczarki spocić na patelni dopóki cała woda z nich nie odparuje. Dodać maslo i w dosyć wysokiej temperaturze podsmażyć z czosnkiem i przyprawami.
  3. W garnku poddusić na oliwie, lub oleju lub maśle - do wyboru - pokrojoną cebulę. 
  4. Dolać bulion, wino, podsmażone grzyby i wymoczone suszone. Dodać wodę z moczenia. Pogotować 10 minut.
  5. Dodać trochę creme fraiche lub śmietany i zmiksować i ewentualnie doprawić.

niedziela, 5 lutego 2012

Najzwyklejszy zapiekany kalafior, czyli smaki dzieciństwa

Czasami nie ma nic lepszego niż właśnie takie zwykłe, najprostsze jedzienie. Zapiekany kalafior do nich należy i jest od bardzo, bardzo dawna jedną z moich ulubionych potraw. Pamiętam, że polubiłam to danie od momentu kiedy moja mama zrobiła je po raz pierwszy i od tego czasu wiernie mi towarzyszy - to taki mój comfort food.
Oczywiście przepis mamy trochę skomplikowałam - ona robiła po prostu klasyczny sos beszamelowy i chyba całość przed zapiekaniem posypywała aktualnie dostępnym, utartym "żółtym serem".



Co potrzebujemy:
  • kalafior jeden duży lub dwa małe, zresztą w zależności od ilości porcji
  • zioła wg. gustu jako dodatek do sosu
  • 1 ząbek czosnku
  • 100 g utartego sera do sosu
  • 200 ml serowego beszamela*
  • kilka kromek dobrego pieczywa
Przygotowanie: 
  1. Podzielony na różyczki kalafior gotujemy w posolonej wodzie bardzo al dente, czyli ok. 10 min
  2. Przygotowujemy sos według przepisu poniżej. Tym razem do sosu dodałam trochę utartego sera pleśniowego i trochę parmezanu, oraz pietruszkę, oregano, wyciśnięty czosnek i kilka płatków chili.
  3. Układamy odcedzony z wody kalafior w formie żaroodpornej i polewamy sosem serowym.
  4. Zapiekamy w temperaturze 180 stopni około 15 minut.
  5. W tym samym czasie wrzucamy też do piecyka pokrojone pieczywo posmarowane oliwą z przyprawami. Użyłam mieszanki ziołowej przywiezionej z Włoch, w której składzie sa między innymi suszone pomidory, chili i oregano
* Serowy beszamel 600 ml, czyli ok. 4 porcji:
  • 600 ml mleka
  • 1 listek laurowy
  • kilka ziaren czarnego pieprzu
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • ok. 60 g mąki
  • ok. 60 g masła
  • sól i pieprz
  • ok. 50 g utartego parmezanu, gruyere lub innego "wyraźnego" sera.
  1. Wlać mleko do garnka o grubym dnie dodać liść laurowy, ziarenka pieprzu i gałkę i gotować na średnim ogniudoprowadzając do wrzenia. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 10 min. Przecedzić do innego naczynia.
  2.  Roztopić masło, wsypać mąkę i podgrzewać na małym ogniu około minuty mieszając. Mąka nie może zbrązowieć.
  3. Zdjąć garnek z ognia i stopniowo, cały mieszając dolewać mleko. Następnie postawić garnek na małym ogniu i ostrożnie zagotować - po czym gotować ok. 2 minut - sos ma być gładki i gęsty. Doprawić solą i pieprzem.
  4. Dodać utarty ser i wymieszać ponownie.
Oczywiście dodatki do sosu można sobie zmieniać w nieskończoność i za każdym razem uzyskać zupełnie inne smaki. W taki sam sposób przyrządzam często brokuły, brukselkę i inne mieszanki z dodatkiem marchewek, fasolki i innych warzyw.

    poniedziałek, 13 czerwca 2011

    Sałatka z awokado i granatu

    Ten przepis korcił mnie od dłuższego czasu i w końcu doczekał się wykonania. W sklepie uśmiechnęły się do mnie dwa dorodne awokado i wyjątkowo dojrzały do jedzenia owoc granatu. Nie zdarza się często, żeby te owoce były w sprzedaży w stanie na tyle dojrzałym, żeby można je było użyć tego samego dnia - no ale zdarzyło się właśnie i niezwłocznie postanowiłam skorzystać z tej niezwykłej okazji.





















    Składniki na sałatkę dla 4-5 osób:
    • 2 duże awokado
    • 1 dojrzały owoc granatu
    • 200 g czerwonych winogron bez pestek
    • 2 łyżki soku pomarańczowego
    • 1 łyżeczka płynnego miodu
    • 1 łyżka oleju z orzeszków ziemnych lub słonecznikowego
    • 2 łyżki oliwy z oliwek
    • 4 łyżki octu winnego
    • 2 łyżki posiekanej świeżej mięty
    • łyżka soku z cytryny
    • świeżo zmielony pieprz i sól

    Wykonanie:
    1. Przygotować dressing miksując ocet winny, sok pomarańczowy, miód, sól i pieprz. Powoli dodawać oliwę i olej    i   mieszać do uzyskania gęstego, kremowego dressingu. Dodać posiekaną miętę i odstawić na bok.
    2. Przepołowić owoc granatu i wyskrobać pestki. Dodać pokrojone winogrona i wymieszać.
    3. Przekroić awokado i pozbawić je pestek. Pokroić je na około 6 mm kawałki i ułożyć na talerzach. Skropić sokiem z cytryny.
    4. Rozdzielić mieszankę granatu i winogron na każdą porcję i polać dressingiem. Przybrać listkami mięty (o czym w ferworze zapomniałam). 
    SENSACJA:)

     Przepis  pochodzi z książki: New Jewish Cooking autorstwa Elizabeth Wolf Cohen wyd. Könemann.

      środa, 8 czerwca 2011

      Tabbouleh & słynna tarta botwinkowa Pinosa

      Przed chwilą była Wielkanoc - no w każdym razie na naszym blogu - a nagle zrobiła się pełnia lata. Tabbouleh - znany również pod nazwą sałatka libańska - jest znakomitą propozycją na upalne dni. Może być elementem zimnego bufetu, stanowić przystawkę lub też świetny lunch do pracy. Tabbouleh można przygotować na bazie kuskus lub bulgura. Ja wybrałam pełnoziarnisty bulgur a do samej sałatki dodałam też kilka garści czarnej soczewicy.

      Składniki:
      • 150-200 g bulgura
      • 100 g czarnej soczewicy
      • 10 małych pomidorków lub dwa duże
      • 1/2 ogórka
      • 4 cebulki dymki i ew. trochę szczypiora
      • 4 łyżki posiekanej pietruszki i tyle samo mięty
      • sok z 2 cytryn
      • 5-6 łyżek oliwy
      • sól & pieprz
      Wykonanie:
      Bulgur i soczewicę przygotować wg. przepisu. Pozbawione pestek pomidory, oraz obrany i też pozbawiony pestek ogórek, pokroić drobno. Wymieszać bulgur i soczewicę z pomidorem i ogórkami. Dodać drobno pokrojone cebulki, pietruszkę i miętę i dokładnie wymieszać. Zmieszać oliwę z sokiem cytrynowym, dodać sól i pieprz i ponownie wymieszać sałatkę. Ma smakować wyraźnie i bardzo ziołowo. Przechowywać w lodówce do momentu podania. Najlepiej przygotować przynajmniej 2 godziny przed podaniem.

      Przepis na którym się oparłam pochodzi z książki: New Jewish Cooking autorstwa Elizabeth Wolf Cohen wyd. Könemann.

      ***************

      No a teraz słynna tarta autorstwa Pinosa - oryginalny przepis tutaj. Troszkę o niej zapomniałam, ale zajrzałam do GP, gdzie ktoś ją ostatno pr\ypomniał i oczywiście musiałam ją zaraz przygotować. Tutaj można zobaczyć wariację autorki na temat,  w wersji z młodą kapustą. Ja zupełnie niezgodnie z notorycznym zmienianiem przepisów trzymałam się po raz kolejny oryginału. Więc niemal dosłownie cytuję Pinosa.


       Ciasto (wytrawne LCB):
      • 100 g masła o temperaturze pokojowej
      • 200 g mąki
      • 1 jajko
      • szczypta soli
      • 2-3 łyżeczki wody
      Masło rozetrzeć z mąką i solą, dodać jajko rozrobione z wodą. Szybko zagnieść nożem, jeszcze szybciej rękoma uformować kulę.Schłodzić w lodówce ok. 30 min.Następnie  rozwałkować, wyłożyć do
      formy, podpiec przykryte papierem i fasolą ok. 20 min.
      Pęczek botwiny (zakończonej 4 buraczkami wielkości pięści dziecka lat 2) i 25 dag szpinaku. Pół główki czosnku. Czosnek wrzucić na patelnię i masełko. Dodać pokrojone drobno: buraczki, liście botwiny, szpinak. Posypać solą, pieprzem dusić. Doprawić: czerwonym pieprzem, kuminem i chili (utłuczonymi na miazgę w moździerzu). Gdy lekko przestygnie, dodać śmietanę - na oko z pół szklanki 12% - tak, żeby było zwarte, a nie paciajowate. Wyłożyć na upieczony spód.

      I teraz masa, kawałek sera żółtego (ok 20 dag) zetrzeć na tarce o małych oczkach. Dodać 1 jajko (surowe) i ok. 150 ml śmietany. Rozmieszać, posolić, poppieprzyć, pochilić. Wykładać łychą na botwinę, delikatnie rozprowadzić. Zapiekać do uzyskania rumieńca.

      Tarta jest genialna i prawie wszyscy o tym wiedzą, tak więc powielanie tego przepisu może tylko jeszcze bardziej ją rozpropagować i ci ktorzy jeszcze nie próbowali, spróbują.

      sobota, 9 kwietnia 2011

      Lasange szpinakowo-pieczarkowe

      Po wersji klasycznej z sosem bolognese to moje ulubione lasange, a właściwie sama nie wiem w jakiej je lubię kolejności. Mniejsza z tym czyli do rzeczy.

      Składniki:
      • 1 op. świeżych płatów lasange ok. 250 g
      • 10 pieczarek, obranych, pokrojonych
      • 400 g mrożonego szpinaku, (chętnie nie szatkowanego, ale w całych liściach)
      • 4 ząbki wyciśniętego czosnku
      • pietruszka, bazylia, oregano
      • odrobina gałki muszkatołowej
      • troszkę płatków chili
      • sól & pieprz
      • utarty świeżo parmezan
      • oliwa i odrobina masła
      • 300 ml białego sosu serowego*
      Wykonanie:

      Pokrojone pieczarki odwodnić na suchej patelni, dodać odrobinę masła i oliwy gdy woda już z nich wyparuje i przyrumienić.
      Szpinak rozmrozić i odparować w garnku na małym ogniu. Dodać wyciśnięty czosnek i pozostałe przyprawy i wymieszać z pieczarkami 
      Przygotować beszamel serowy.* W wysmarowanym naczyniu żaroodpornym układać warstwami lasangne i sos szpinakowo pieczarkowy, oraz beszamelowy. Ostatnią warstą ma być sos beszamelowy i utarty ser. Na zakończenie posypać ser ziołami i płatkami chili. Zapiekać około 25 minut, lub do zrumienienia sera, w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. A potem się delektować.

      * Serowy beszamel 600 ml:
      • 600 ml mleka
      • 1 listek laurowy
      • kilka ziaren czarnego pieprzu
      • szczypta gałki muszkatołowej
      • ok. 60 g mąki
      • ok. 60 g masła
      • sól i pieprz
      • ok. 50 g utartego parmezanu, gruyere lub innego "wyraźnego" sera.

      1. Wlać mleko do garnka o grubym dnie dodać liść laurowy, ziarenka pieprzu i gałkę i gotować na średnim ogniudoprowadzając do wrzenia. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 10 min. Przecedzić do innego naczynia.
      2.  Roztopić masło, wsypać mąkę i podgrzewać na małym ogniu około minuty mieszając. Mąka nie może zbrązowieć.
      3. Zdjąć garnek z ognia i stopniowo, cały mieszając dolewać mleko. Następnie postawić garnek na małym ogniu i ostrożnie zagotować - po czym gotować ok. 2 minut - sos ma być gładki i gęsty. Doprawić solą i pieprzem.
      4. Dodać utarty ser i wymieszać ponownie.

      niedziela, 6 lutego 2011

      Marokańska harira w wersji wegetariańskiej

      Nic lepiej nie pasuje na szare, zimne dni jak rozgrzewająca, treściwa i kolorowa zupa. Jestem generalnie wielbicielką zup każdego rodzaju - poza zupą owocową - a zimą gotuję zupy kilka razy w tygodniu. Tym razem przyszła kolej na marokańską harirę - zupę jadaną w krajach Maghrebu głównie w czasie Ramadanu, ale nie tylko. Harira jest podawana najczęściej jako pierwsze danie w czasie party odbywającego się po zapadnięciu zmroku, gdy nareszcie można przerwać, trawjący od wschodu słońca, post. Jest oczywiście ogromna ilość wariacji na temat hariry, ja popatrzyłam na kilkanaście przepisów i przygotowałam swoją wersję, tym razem wegetariańską. Warzywa, których używa się przygotowując zupę zależą od sezonu - zrezygnowałam z selera naciowego, występującego w wielu przepisach - i wybrałam szwedzką marchewkę. Oprócz soczewicy i ciecierzycy można dodać dowolne rodzaje fasoli, czyli pole do eksperymentów jest ogromne. Mięso, którego najczęściej używa się gotując harirę to baranina, ale zastępuje ją też wołowina lub drób. Ja ze względu na naszych gości - wegetarian - jako źródło proteiny wybrałam quorn * w kawałkach. Zupa jest niezwykle pożywna i w zasadzie wystarcza za cały posiłek, a jeśli jeszcze dodamy do tego kilka kawałków chlebka pita (lub pitta) no to już w zasadzie nic więcej nam nie trzeba, żeby wstać od stołu sytym i rozgrzanym. Zapraszam na moją wersję hariry.

        Składniki na 6 głodnych osób:

      • 500 g quorn w kawałkach
      • 4 łyżki oliwy
      • 3 cebule
      • 4 ząbki czosnku
      • 2 puszki (800 g) ciecierzycy lub 300 g suchej ciecierzycy
      • 100 g czerwonej soczewicy
      • 100 g zielonej soczewicy
      • 4 marchewki
      • sól & czarny pieprz
      • pieprz cayenne, kumin, kurkuma (lub szczypta szafranu), cynamon, ewentualnie trochę kolendry i imbir
      • 1 op. krojonych pomidorów (ok. 400g)
      • 2 łyżki soku z cytryny
      • 200 g połamanego cienkiego makaronu np. vermicelli (często występuje ryż lub kuskus)
      • opcjonalnie fasola z czarnymi oczami - użyłam około 1/2 puszki lub inna
      • pietruszka lub kolendra
      • 2 l bulionu warzywnego
      Quorn obsmażyć na oliwie,  dodać cebulę i wyciśnięty czosnek oraz przyprawy. Poddusić chwilę i przełożyć do garnka z bulionem. Gotować na wolnym ogniu dość krótko. Dodać  wypłukaną zieloną soczewicę i po 5 minutach czerwoną oraz pomidory. Gotować 15 minut. Dodać ciecierzycę z puszki i ewentualnie fasolę, zagotować i  jeśli trzeba  doprawić oraz dodać sok cytrynowy (lub limonkowy). Dołożyć połamany na drobne kawałki makaron i gotować jeszcze 3 minuty. Podawać posypane pietruszką lub kolendrą i plasterkami cytryny.

      Przepis dodaję do durszlakowej akcji  Festiwal Kuchni Arabskiej pod patronatem Filozofii Smaku.

      * Podstawowym surowcem użytym do produkcji Quorn jest grzyb Fusarium Venenatum oraz białko jajka - więc weganie raczej nie mogą go używać - a szkoda;)  Quorn jest niezwykle popularny w Wielkiej Brytanii i w Irlandii - i od kilku lat również w Szwecji - w większych sklepach można kupić cała gamę produktów na nich opartą, które w dodatku świetnie - stanowczo  lepiej od soi -imitują każdy niemal rodzaj mięsa w różnorodnych potrawach.

      piątek, 4 lutego 2011

      Wersja kolejna zapiekanych faszerowanych pieczarek - tym razem z pomidorkami



      Pierwsze pieczarki możecie zobaczyć tutaj. Tym razem zrobiłam mały "update", który okazał się na tyle warty grzechu, żeby warto było tę wersję zaprezentowac na blogu





      Pieczarki faszerowane z pomidorkami i ziołami:

      • 8 sporych pieczarek równej wielkości
      • 1 szalotka, drobno posiekana
      • ząbek czosnku, wyciśnięty
      • kilkanaście pomidorków koktailowych
      • 50 g sera pleśniowego
      • 1 łyżka utartego parmezanu
      • kilka łyżek bazylii i pietruszki


        Przygotowanie:

        Obrać pieczarki i odciąć trzonki. Posiekać je drobno, lub utrzeć, i poddusić chwilę razem z czosnkiem i szalotką. Wymieszać z  z serem i ziołami i nałożyć  farsz do kapeluszy pieczarek. Do każdego kapelusza wcisnąć połówkę pomidorka i posypać parmezanem oraz bazylią. Pozostałe pomidorki położyć tu i tam w naczyniu, posolić i posypać bazylią.  Zapiekać w temperaturze 180 stopni ok. 20 minut.
        Podawać z grzankami i sałatą.

        Bardzo proste i szybkie danie, z którego jestem niezmiernie zadowolona i weszło już na stałe do naszego domowego repertuaru. I  jest to też, od jakiegoś czasu - bardzo sympatycznie przez gości przyjmowana przystawka. Polecam.
        PS. Faszerowane pieczarki to tak trochę retro, lata 70-te, ale warto je wyciągnąć z lamusa i trochę się z nimi pobawić, moim zdaniem ;-)

        wtorek, 1 lutego 2011

        Rocznica i klasyka czyli pasta & pesto

        Uświadomiłam sobie kilka dni temu, że Na 4 ręce właśnie dzisiaj kończy swój pierwszy rok w blogosferze. Rozpoczynając blogowanie zupełnie nie miałam pojęcia jak to się potoczy i rozwinie. Okazało się, że znakomicie - mamy grono sympatycznych czytelników i wiele spontanicznych odwiedzin - nigdy nie przypuszczałam, że aż ponad 25 tysięcy osób zajrzy na naszą stronę, a jednak tak właśnie się stało. Mam nadzieję, że będziecie dalej tu zaglądać i przede wszystkim zostawiać komentarze,  ponieważ właśnie interakcja z czytelnikami jest szalenie istotna i w pewnym sensie współtworzy blog. Tak więc w swoim i Moniki imieniu dziękuję za wszystkie odwiedziny i wszystkie pozostawione przez Was miłe słowa. Rozpoczynamy niniejszym rok drugi - mam nadzieję równie ciekawy jak ten, który minął. Zapraszamy na ciąg dalszy :)
        ******
        A teraz wróćmy do kuchni. Jakiś czas temu świętowano w świecie blogów dzień kuchni włoskiej i zadaniem na ten rok było przygotowanie oryginalnego pesto. Oczywiście się zagapiłam i nie zdążyłam, no ale nadrabiam to tu i teraz. Niestety nie mam drewnianego tłuczka do moździerza - a przeczytałam w wielu miejscach, że właśnie taki powinien być użyty - no ale dobrze, że mam moździerz;)
        Nie liczyłam też zbyt dokładnie listków bazylii - a podobno jest generalna zasada, że na każde 30 listków powinien przypadać ząbek czosnku - niemniej trzymałam się jednak dość ściśle przepisu. To chyba całkiem nieźle ;) Moich listków było na pewno co najmniej 120.




        Pesto alla Genovese:

        • 5 pęczków bazylii (1 szklanka)
        • 4 ząbki czosnku
        • 20 g orzeszków pinii
        • sól gruboziarnista
        • 25 g startego sera pecorino
        • 25 g tartego parmezanu
        • 2-3 łyżki oliwy extra vergine jak najlepszej jakości.
        Bazylię umyć i zostawić do osuszenia, następnie wraz z grubo pokrojonym czosnkiem,  solą i orzeszkami ucierać w moździerzu aż do uzyskania stosunkowo gładkiej masy. Pod koniec dodać powoli oliwę i sery. Wymieszać dokładnie. Przechowywać w lodówce zalane oliwą do 1 tygodnia.



        Pesto robione w możdzierzu ma zupełnie inną konsystencję niż robione w malakserze czy za pomocą blendera - nie jest takie gładkie. Ale smakuje jednak inaczej i jednak chyba lepiej, a poza tym przyjemnie się je uciera za pomocą starego, dobrego moździerza.


        A potem tylko ugotować makaron - ugotowałam linguine - wymieszać z pesto, posypać parmezanem i pyszna kolacja gotowa. 


        piątek, 7 stycznia 2011

        "Kapuśniaczki" z grzybami


        Przepis na ciasto kapuśniaczkowe pochodzi od Quinomatorki, która prezentowała go zarówno na swoim blogu jak i w GP.  Chodziły za mną te kapuśniaczki od bradzo dawna. Miałam je zobić na Wigilię - właśnie z kapustą - ale los chciał inaczej i wigilijne przygotowania przechorowałam. Ale ponieważ co się odwlecze... przyszła w końcu pora na ich zrobienie, ale nie z kapustą tylko na pierwszy ogień z grzybami. Ja zrobiłam ciasto według przepisu Moniki zamieszczonego na naszym blogu tutaj  (trochę zmienionego w stosunku do oryginału na blogu Quino).  Monika zrobiła prawdziwe kapuśniaczki, czyli z kapustą;)


        Ciasto na ok 16 kapuśniaczków:
        • 400 g mąki pszennej
        • 15 g świeżych drożdży
        • ok. pół szklanki mleka
        • 1 jajo, 1 żółtko
        • 1 łyżeczka soli
        • 2 łyżeczki cukru
        • 1 jajko do posmarowania gotowych bułeczek 
        A teraz cytuję za Moniką jak zrobić ciasto:
        Świeże drożdże rozetrzeć z cukrem i odrobiną mleka, poczekać aż zabąblują, wlać do mąki, dodać resztę składników, wyrobić gładkie i elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia (około godziny).
        Zagnieść, podzielić na 14-16 części, każdą rozwałkować, kłaść na dłoni, nałożyć nadzienie, zlepić zakładając brzegi do środka, układać zlepieniem do dołu na blasze wyłożonej silikonem lub papierem
        .  Ja co prawda ciasta nie wałkowałam, tylko po podzieleniu rozciągałam je i nakładałam farsz.


        Farsz grzybowy:
        • 600 g pieczarek
        • 2 cebule, poszatkowane
        • 3 ząbki czosnku, wyciśnięte
        • 100 g ostrego sera żółtego (cheddar)
        • 2 jajka ugotowane na twardo
        • garść suszonych prawdziwków
        • sól, pieprz, pietruszka
        Obrane i utarte pieczarki udusić na patelni na maśle lub oliwie. Dodać czosnek, przyprawy i uduszoną cebulę. Wymieszać razem z utartym serem i rozgniecionymi jajkami oraz pokrojonymi, ugotowanymi prawdziwkami.  Nałożyć nadzienie i zlepione pierożki układać na blasze. Pozwolić im rosnąć jeszcze ok. 1 godziny. Gotowe kapuśniaczki posmarować rozbełatanym jajkiem i posypać czym się chce. U mnie odrobina soli w płatkach i papryki. Ciasto jest znakomite i bułeczki pysznie smakują z kubkiem czerwonego barszczu. Polecam gorąco :)

        niedziela, 17 października 2010

        Pieczarki faszerowane serem i zieleniną czyli gościnnie u Zieleniny

        To chyba już zakończenie serii gościnnych występów na blogu Zieleniny. Mam nadzieję, że gdy goście ciężko pracowali Zielenina sobie odpoczęła i teraz już sama zacznie gotować ;)
        Bardzo lubię i dosyć często przygotowuję dania wegetariańskie, więc zaproszenie do zabawy przyjęłam z przyjemnością. Przygotowałam na tę okazję bardzo prostą przekąskę, która może być samodzielnym, lekkim lunchem lub przystawką.
         


        Pieczarki faszerowane serem i ziołami:
        • 8 sporych pieczarek równej wielkości
        • 1 szalotka, drobno posiekana
        • ząbek czosnku, wyciśnięty
        • 3 łyżki sera typu philadelphia
        • 50 g sera pleśniowego
        • 1 łyżka utartego parmezanu
        • kilka łyżek posiekanego tymianku, rozmarynu i pietruszki




        Przygotowanie:
        Obrać pieczarki i odciąć trzonki. Posiekać drobno i poddusić chwilę razem z czosnkiem i szalotką. Wymieszać z pozostałymi składnikami i nadziać farszem kapelusze pieczarek. Zapiekać w temperaturze 180 stopni ok. 20 minut.
        Podawać z grzankami i sałatą.


        Bardzo proste i szybkie danie, z którego jestem niezmiernie zadowolona i na pewno wejdzie na stałe do naszego domowego repertuaru. M.,będący królikiem doświadczalnym, rozpływał się w zachwytach.

        Smacznego:)

          sobota, 9 października 2010

          Barszcz zwany ukraińskim

          Podobno na Ukrainie nie dodaje się do barszczu fasoli, ale ja nie wyobrażam sobie tej zupy bez dużej, białej fasoli. I moja wersja barszczu - tym razem wegetariańska - fasolę oczywiście zawiera. Według mnie jest to też jedna z tych zup, w której trzeba "móc postawić łyżkę", podobnie jak w krupniku. Przepis jest tradycyjny, z tych, które krążą w rodzinie. Jest to zresztą jedna z moich ulubionych zup, choć nie robię jej zbyt często - jest dość czasochłonna.

          Składniki:
          • 1/4 główki białej kapusty
          • 1,5 l bulionu warzywnego
          • 3 duże buraki
          • 4 ziemniaki
          • 2 marchewki
          • 1 cebula
          • 200 g dużej białej fasoli
          • 4 łyżki przecieru pomidorowego
            1 duża cebula
          • 4 ząbki czosnku (lub więcej)
          • 2 łyżki octu lub soku z cytryny
          • 3 łyzki mąki
          • kwaśna śmietana - wg. uznania
          • liście laurowe, sól, pieprz i ziele angielskie

           Przygotowanie:
          • Fasolę namoczyć na noc wg. przepisu na opakowaniu. Następnego dnia zacząć ją gotować w bulionie przez około godziny dodając przyprawy. "Moja" fasola miała się gotować do miękkości przez ok. 1,5 godziny.
          • Kiedy zostanie 30 minut do ugotowania fasoli na miękko obrane i pokrojone  w drobne paseczki buraki wrzucić na patelnię, dodać olej, ocet,  przecier pomidorowy, dolać trochę bulionu i dusić buraki aż będą pólmiekkie. 
          • Na innej patelni, podsmażyć na maśle pokrojoną w kostkę cebulę, pokrojoną w słupki marchewkę i wyciśnięty czosnek.  Do bulionu z fasolą dorzucić ziemniaki, zagotować, następnie dodać poszatkowaną kapustę. 
          • Po 15 minutach dodać zawartość obydwu patelni i gotować następne 15 minut. Pod koniec dodać zasmażkę zrobioną na maśle i pietruszkę lub jak u mnie szczypiorek. Wymieszać i ewentualnie doprawić. Barszcz najlepiej smakuje odgrzewany. Podawać z kleksami śmietany.

          W zeszłym tygodniu wzięłam sobie sporą porcję na lunch do pracy. Zainteresowanie było ogromne - kuchnia szwedzka nie ma odpowiednika tej zupy, więc barszcz jest bardzo egzotyczny - w efekcie po entuzjastycznym próbowaniu we wtorek mam przeprowadzić mały kurs gotowania barszczu w pracy. Na szczęście dysponujemy zarówno czasem jak i dobrze wyposażoną kuchnią:)
          Mięsożercy mogą dodać bulion  wołowy i skrawki mięsa wołowego drobno pokrojonego.

          niedziela, 26 września 2010

          Zupa z dyni piżmowej

          Dynia piżmowa (Cucurbita moschata) znana jest też jako Butternut squash, a w Australii i Nowej Zelandii występuje jako Buterrnut Pupmpkin. Długo miałam do dyni stosunek bardzo sceptyczny i mało entuzjastyczny, zmiana nastąpiła bardzo niedawno i była to zmiana o 180 stopni. Na odbywającym sie niedawno przyjęciu zupa z dyni wystąpiła w roli głównej i spisała się w niej znakomicie. Przepis gospodyni zanotowałam i przy pierwszej okazji kupiłam dynię i ugotowałam zupę.


          Na 8 porcji zupy potrzebujemy:
          • 1 dynia, obrana pokrojona
          • 2 szalotki, drobno pokrojone
          • 3 ząbki czosnku, wyciśnięte
          • 2-3 łyżeczki tymianku
          • 1 litr bulionu warzywnego
          • 1 łyżeczka kminu
          • 1 papryczka chili, drobno pokrojona
          • 400 ml mleka kokosowego
          • sól
          • 100 ml białego wina (opcjonalnie)
          • 1 łyżka oleju, 1 łyżka masła

           Przygotowanie:
          Cebulę, czosnek i tymianek "zeszklic" na oliwie i masle. Dodac dynie pokrojoną w kostke, smazyc krotko. Dodac kmin, bulion, chili oraz sól i gotowac 30-40min.
          Zmiksowac, dodac mleko kokosowe, zagotowac. Dodac wino (lub trochę soku cytrynowego) nie gotowac tylko podgrzać. Miłośnicy kolendry mogą posypać nią zupę, ja dodałam świeży tymianek.
          Zupa jest wspaniała i to dla mnie też ciekawe doświadczenie, ponieważ do tej pory jak wspomniałam dynia była poza sferą moich zainteresowań. Takie przewartościowanie. Może zmienię też kiedyś mój bardzo negatywny stosunek do bakłażana.

          niedziela, 19 września 2010

          W roli głownej słonecznik bulwiasty czyli zupa z topinambura

          Może wyglądać bardzo różnie - ma  nieregularny i różnorodny kształt, nie jest specjalnie piękny, ani specjalnie popularny - w każdym razie nie w Polsce. Dlatego własnie chciałabym wszystkich zachęcić do jego spróbowania. Dziś bowiem chcę zareklamować słonecznik bulwiasty , który ma zresztą bardzo dużo nazw. Zarówno po polsku jak i po angielsku słonecznik bulwiasty (łac. Helianthus tuberosus) nazywany jest inaczej topinamburem. Nazwa wywodzi się od południowoamerykańskiego plemienia Indian Tupinamba z Brazylii, których jako pierwszy opisał szerzej w XVI w. niemiecki podróżnik Hans Staden. Gorąca herbata z plasterkiem topinamburu smakuje podobnie do herbaty z cytryną. Z tego powodu bulwy nazywane bywają też "cytryną północy" (ang. Northern lemon). Jeszcze ciekawsza jest terminologia angielska, słonecznik ten określany bywa na kilka sposobów: jako Jerusalem artichoke, sunroot albo też sunchoke.

          A w innych językach tak:
          • Niemiecki: Erdbirne, Topinambur
          • Francuski: Topinambour
          • Hiszpański: Aguaturma
          • Norweski: Artichoke
          • Szwedzki: Jordärtskocka
          Warzywo uprawiane było przez Indian, szczególnie we wschodniej części Ameryki Północnej na długo przed dotarciem tutaj białych. Jego pierwsza podróż do Europy wiąże się natomiast w pewnym sensie z Kanadą. Do Francji przywiózł go bowiem po raz pierwszy w 1615 roku powracający na Stary Kontynent z jednej ze swoich wypraw francuski podróżnik Samuel de Champlain. My znamy go jako założyciela kanadyjskiego miasta Quebec City. Przez kolejne 200 lat uprawa tego oryginalnego warzywa stopniowo rozpowszechniła się w całej Europie. Na początku dwudziestego wieku słonecznik bulwiasty był jedną z ważniejszych roślin uprawnych we Francji. Zaraz po pierwszej wojnie światowej natomiast szybko zanikł - zbytnio kojarzył się bowiem ludziom z wojną i głodem. Dopiero po drugiej wojnie światowej warzywo powróciło do łask, a to z powodu, że odkryto jego cenne własności odżywcze i zdrowotne. Obecnie uprawiany jest w Ameryce Północnej, Europie, Rosji, a także w Chinach oraz Australii. Daje plony porównywalne, a nawet większe niż ziemniak. Zarówno w Polsce jak i w Kanadzie ciągle jednak jest jeszcze warzywem naprawdę mało znanym.

           Do Polski dotarł dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku jako roślina uprawna. Uciekł jednak z przydomowego warzywnika i szybko zupełnie zdziczał. Obecnie występuje jako dziko rosnąca roślina na całym obszarze Polski. Spotkać go można na przydrożach, a nawet w nadrzecznych zaroślach. Uprawa jest niezwykle łatwa. Rośnie prawie na każdej glebie, jest też odporne na mróz i  na suszę, a rozmnaża się go z bulw. Aby zacząć jego uprawę wystarczy kilka jego bulw posadzić wiosną do gruntu.I jeszcze jedno: Bulwy topinamburu mogą być spożywane przez diabetyków. Bulwy zawierają bowiem do 20% specyficznego węglowodanu inuliny, który jest zupełnie nieszkodliwy dla cukrzyków. Inulina ulega w organizmie ludzkim hydrolizie do bezpiecznej dla diabetyków fruktozy. Zawartość skrobi i innych cukrów prostych jest natomiast w bulwach bardzo niewielka*. Sezon zaczyna się jesienia i kończy w kwietniu. Podobno wiosenne topinambury sa smaczniejsze, ale najważniejsze jest to, że wzbogacają nasz jesienno-zimowy koszyk z warzywami, stanowiąc ciekawą alternatywę dla innych warzyw bulwiastych. Zachęcam serdecznie, smak jest bardzo interesujący.

          Ja robię zwykle zupę topinamburową. Znalazłam na nią wiele przepisów i po jakimś czasie wypracowałam własny.
          Na przystawkę dla 6 osób:

          • 500 g  topinambur (ok. 5 szt)
          • 2 mączyste, spore ziemniaki
          • sok cytrynowy ( z połowki cytryny)
          • 2 szalotki duże
          • 2 ząbki czosnku
          • 1 łyżeczka masła
          • 800 ml bulionu warzywnego
          • 200 ml białego wina wytrawnego - opcjonalnie
          • 100 ml  śmietanki
          • sól &pieprz cytrynowy
          • świeży tymianek & pietruszka
          Prygotowanie:
          1. Obciąć wszystkie wypustki  z topinamburów i obrać je. Pociąc na drobniejsze kawałki. Włożyć do zimnej wody z sokiem cytrynowym - bardzo szybko nabierają ciemnego koloru.
          2. Pokroić szalotki i poddusić je, dodać po chwili topinambury i wyciśnięty czosnek i poddusic mieszającokoło 5 minut.
          3. Dodać wino i zredukować, az zostanie połowa płynu.
          4. Dodać bulion i ziemniaki i gotowac az ziemniaki i topinambury będą miękkie - około 10-15 minut.
          5. Dolać śmietankę i zagotować na małym ogniu około 5 minut.
          6. Zmiksować zupę i doprawić solą, świeżo zmielonym pieprzem cytrynowym oraz tymiankiem i pietruszką.
          * Większość wiadomości na temat topinamburu w języku polskim  zaczerpnęłam z tej strony.

          niedziela, 12 września 2010

          A dziś Lángos

          Lángos to na Węgrzech jedna z najpopularniejszych przekąsek - wszędzie tam gdzie gromadzą się ludzie można napotkać "budkę" sprzedającą te bardzo lubiane i tanie placki. Dawniej lángos robione były z kawałka ciasta na chleb, pieczonego bezpośrednio nad ogniem (láng znaczy płomień). Obecnie ciasto na Lángos przyrządza się z ciasta zawierającego ziemniaki. Nie wiem dlaczego, ale lángos można zjeśc w Sztokholmie tylko raz w roku, podczas letniego festiwalu Stockholm Jazz, odbywającego się na wyspie Skeppsholmen. Tylko wtedy pojawia się stoisko z pysznymi langoszami. Nie chodzę na wszystkie koncerty, w przeciwieństwie do M.który bywa na wszystkich. Ale tak lubię langosze, że potrafię go odwieźć na koncert, poczekać aż pójdzie mi kupić świeżo usmażone lángos, zjeść i pojechać do domu. Skorzystałam więc chętnie z przepisu ze wspomnianej już przeze mnie ksiażki * i przymierzyłam się do lángos własnej roboty po raz drugi w życiu.  Pierwsze podejście  odbyło się kilka lat temu i chcę o nim zapomnieć.

          Na 8-10 sztuk potrzebujemy:
          • 150 g mączystych ziemniaków
          • 30 g świezych drożdży
          • 400 ml mleka
          • 400 g mąki
          • 3 łyżki cukru pudru
          • 3 i 1/2 łyżki tłuszczu (dałam masło)
          • 1 lyżeczka soli
          • olej do smażenia**
          Ugotować ziemniaki w mundurkach. Rozpuścić drozdże i cukier w 100 ml ciepłego mleka i zostawić na 10 miniut.Obrać jeszcze ciepłe ziemniaki i rozgnieść je, ja dodałam w tym momencie masło. Dodac do mąki mieszanke z drożdżami i wsyzstkie pozostałe składniki i zagnieść ciasto. Ja użyłam do wyrobienia ciasta robota kuchennego. Oprószyć lekko mąką i zostawić do wyrośnięcia na około godziny (ciasto ma podwoić objętość).Formować cienkie placki z ciasta  rozciągając je (nie jest to łatwe - ciasto klei się do rąk) i smażyć w głebokim tłuszczu z obu stron. Smażą się bardzo szybko i trzeba je jeść gorące, więc nie ma zbyt dużo czasu na robienie zdjęć. My jemy z kwaśną śmietaną wymieszaną z wyciśniętym czosnkiem i posypane ostrym, żółtym serem (cheddar) a niektórzy z nas dodają  odrobinę czarnego kawioru. Niezużyte ciasto można przechować w lodówce i zużyć spokojnie następnego dnia.
          * Przepis pochodzi ze szwedzkiego tłumaczenia książki pt. "Węgierskie Specjalności" autorstwa Anikó Gergely wydanej w serii Kulinaria Könemanna.
          ** Ostatnio używam często oleju z orzeszków ziemnych,, odpornego na wysoką temperaturę i neutralnego w smaku.

          niedziela, 29 sierpnia 2010

          Pieczone pierogi ze szpinakiem i fetą

          Przepis na ciasto do tych pierogów znalazłam wiele lat temu w kąciku kulinarnym jakiegoś pisemka wydawanego przez naszą wspólnotę mieszkaniową. Od tego czasu przeprowadzaliśmy się już kilka razy, ale kopia przepisu wędrowała razem z nami. Najczęściej robię te pierogi z farszem mięsnym, ale tym razem dla gości wegetarian zrobiłam farsz ze szpinaku i fety.

          Ciasto na ok. 20 pierogów:
          • 150 g masła w temp. pokojowej
          • 400 g ugotowanych mączystych ziemniaków
          • 300 g mąki
          • 1 łyżeczka soli
          • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
          • rozmącone jajko do posmarowania 
          Wymieszać roztłuczone ziemniaki z masłem i pozostałymi składnikami i zagnieść ciasto. Jest bardzo przyjemne do zagniatania. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na czas przygotowania farszu.



             Składniki na farsz:
            • 500 g szpinaku mrożonego (liście)
            • 300 g sera feta
            • 4 ząbki czosnku wyciśnięte
            • sól & pieprz
            • świeże zioła - oregano, szałwia, bazylia
            Rozmrozić szpinak na małym ogniu, odlać ew. wodę. Dodać utartą fetę i przyprawy oraz wymieszać dokładnie. Ostudzić farsz.
            Rozwałkować ciasto, niezbyt cienko i wycinać z niego kólka o średnicy mniej więcej 10 cm. Na każdy kawałek nałożyć łyżkę - sporą - i zlepić pierogi. Gotowe posmarować rozbełtanym jajkiem z dodatkiem ziół. Piec w temperaturze 200 stopni ok. 25-30 minut, aż będą ładnie przyrumienione.
            Można jeść także na zimno, więc to dobra propozycja na piknik - póki jeszcze czas.
            Odgrzewać w piekarniku, ewentualnie przykryte folią aluminiową.

            czwartek, 26 sierpnia 2010

            Na grzyby - placki ziemniaczane z prawdziwkami

            Na ryby - a można i na grzyby... Na grzyby - w aromatów pełen las. Na grzyby - przed wyjazdem sprawdźmy gaz. Weźmy czegoś parę kropel, a na drzwiach wywieśmy o tem, że ruszyliśmy w sobotę, bo powzieliśmy ochotę na grzyby Tu borowik a tam - dzik! Na grzyby - pociągnijmy sobie łyk...


            Tak śpiewali w „Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski. I zawsze ta piosenka towarzyszy mi na myśl o grzybobraniu. Niestety grzybiarz ze mnie mizerny. Potrafię w lesie zabładzić, owszem, ale nie potrafię znaleźć grzybów. Próbowałam wielokrotnie, koszyk przygotowany, odpowiednie do lasu buty i nic. Wszyscy wokół mieli pełne kosze a ja mogłam się o grzyba potknąć, ale nawet wtedy go nie zauważałam. Więc po prostu zrezygnowałam. Na szczęście grzybiarstwo w mojej rodzinie kultywuje mój tata, a że grzyby w okolicach Sztokholmu ładnie obrodziły dostaję regularnie część obfitych plonów. Zdjęcia zrobiła moja mama.
            W Warszawie w czasie wakacji jadłam placki ziemniaczane z sosem kurkowym. Kurek w nim było niewiele, ale sos grzybowy do placków chodził za mną od tego czasu. Więc stąd się wzięły moje  placki z prawdziwkami.

            Składniki na placki:
            • 6 dużych ziemniaków
            • 1-2 jajka
            • 3-4 łyżki mąki z ciecierzycy
            • 1 cebula, ząbek czosnku
            • ulubione zioła
            • sól & pieprz
            • olej
            Sos grzybowy:
            • 500 g prawdziwków
            • 4 ząbki czosnku
            • 1 cebula
            • suszony czosnek niedźwiedzi
            • tymianek, rozmaryn
            • sól & pieprz
            • 200 ml śmietany
            Ziemniaki umyć, obrać. Zetrzeć na  tarce (ja trę za pomocą maszyny dość grubo). Wymieszać z mąką, jajkiem, posiekaną cebulką i czosnkiem, solą, pieprzem, ziołami. Można do ciasta dodać łyżkę śmietany, placki będą bardziej puszyste. Mocno rozgrzać patelnię z olejem. Placki smażyć z obu stron. Aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu, odkładać na papierowy ręcznik.
            Przyrządzić sos. Oczyszczone i pokrojone grzyby dusić do miękkości z cebulą, czosnkiem i przyprawami. Doprawić śmietaną. Podawać z gorącymi plackami. Dla niewegetarian można sos posypać podsmażonym bekonem.

            sobota, 21 sierpnia 2010

            Prosto z Kostaryki - Gallo Pinto

            Gallo Pinto (kropkowany kogut) tradycyjna potrawa w krajach Ameryki Środkowej, a w Kostaryce i Nikaragui jest daniem określanym jako narodowe. Jedzone najczęściej na śniadanie, bywa jednak często elementem innych posiłków i je się je wtedy kilka razy dziennie. Głównym składnikami są fasola i ryż, w Kostaryce najczęściej używana jest czarna fasola, a w Nikaragui dla odmiany czerwona. Szukając informacji na temat tego kraju (tak, żeby poszerzyć sobie trochę horyzonty) natknęłam się na informacje natury kulinarnej i opis tej potrawy. Znalazłam bardzo dużo przepisów -  jak to zwykle bywa,  jest wiele wersji takich narodowych dań - i w rezultacie oparłam się na tym przepisie.
            Składniki:
            • 100 g ryżu 
            • 100 g czarnej fasoli
            • 1 duża cebula drobno pokrojona
            • 3 wyciśnięte ząbki czosnku
            • 1 jalapeno, drobno pokrojone
            • 1 pokrojona czerwona papryka
            • 1 duży pomidor, pokrojony
            • 1 łyżeczka kminu
            • 1 łyżeczka kolendry
            • sól & pieprz
            • świeża kolendra lyb dymka
            • 2 łyżeczki pikantnego sosu*
            • oliwa 


            Sposób przyrządzenia:
            1. Namoczoną przez noc fasolę, ugotować w lekko osolonej wodzie do miękkości, zostawić trochę płynu z gotowania . Ryż ugotować wg. przepisu na opakowaniu.
            2. Podsmażyć na oliwie cebulę, gdy będzie juz zeszklona dodać czosnek, jalapeno i czerwoną paprykę. Dołożyć na patelnię ryż i fasolę wraz z resztką płynu. Dodać pokrojonego pomidora.
            3. Dodać wszystkie przyprawy i dusić na bardzo małym ogniu ok. 20 pod przykrywką, delikatnie mieszając od czasu do czasu. Doprawić solą i pieprzem i sosem np. worcestershire z braku Salsa Lizano*, którego na pewno nie dostaniecie.
            4. Podawać posypane kolendrą i dymką jako danie samodzielne,  lub jak to jedzą kostarykańczycy z jajkiem sadzonym, kiełbaskami i chlebem tostowym na śniadanie.Jakoś nam nie bardzo pasowało takie śniadanie, więc mieliśmy obfity lunch.
            *W Kostaryce do gallo pinto używa się Salsa Lizano, mam nadzieję, że Ci którzy tam właśnie jadą kupią mały zapas;)

              czwartek, 19 sierpnia 2010

              Papryka faszerowana troszkę inaczej

               Sezon na paprykę rozpocząl się nawet w Szwecji i na straganach cena spadła do ludzkich 8 złotych za kilogram. Zanim przyjdzie czas na następne leczo, postanowiłam troszke poeksperymentować z papryką faszerowaną. Inspirację zaczerpnęłam z ksiązki "Pokochaj Makarony".  Ponieważ młodszy M. nie lubi w ogóle makaronu (jakoś się wyrodził) postanowiłam go troszkę oszukać i użyłam makaronu risoni ( znanego również jako orzo), ale myślę, że ciekawiej byłoby użyć jakiegoś linguine czy innego długiego, cienkiego makaronu, co zresztą sugerowano w przepisie, który był moją inspiracją.

              Składniki na 3 osoby:
              • 3 duże czerwone i żółte papryki
              • 100 g makaronu (ugotowanego al dente)
              • 1 cebula drobno pokrojona
              • 3 wyciśnięte ząbki czosnku
              • kilka suszonych pomidorów drobno pokrojonych
              • 1 papryka chili bez pestek pokrojona drobno
              • 1 łyżka ostrego sosu chili (nie słodkiego)
              • 2 łyżeczki oregano i 1 łyżeczka tymianku
              •  2 łyżeczki świeżej pietruszki
              • 2 ubite jajka
              • 3 łyżki śmietanki
              • 50 g utartego ostrego sera (użyłam cheddar)
              • sól & pieprz

               Sposób przygotowania:
              1. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Przekroić papryki na pól, łacznie z ogonkami. Usunąćgniazda nasienne. Podpiec w piekarniku około 10 minut. Ugotować makaron al dente i odcedzić.
              2. Podsmażyć cebulę, dodać czosnek i pokrojone chilii poddusić jeszcze chwilkę. Dodać suszone pomidory i prawie wszystkie przyprawy, zostawiając trochę.Wymieszać zawartość patelni z makaronem.
              3. Wymieszać jajka z serem i śmietanką oraz resztą przypraw. Wypełnić paprykę spreparowanym makaronem.
              4. Ułożyć w naczyniu żaroodpornym i na każdą połówkę  nałożyć mieszankę serowo-jajeczną. Zapiekać około 20/25 minut, do momentu kiedy wierzch będzie ładnie przyrumieniony.

              Myślę, że ta papryka może być przyjemną przystawką. Jako danie kolacyjne spisała się bardzo dobrze, ale obydwaj M. narzekali na brak wkładki mięsnej. Myślę, że można z powodzeniem dodać do farszu podsmażony bekon i wtedy nawet miesożercy będą zadowoleni. Młodszy M. nie zauważyl mojego drobnego oszustwa.