Żar leje sie z nieba, to nie jest szwedzkie lato, to lato wręcz tropikalne - od tygodnia nie spadła kropla deszczu... Nie, ja wcale nie narzekam, kiedyś dawno obiecałam sobie nigdy nie narzekać na upały, tym bardziej, że lato nie zawsze nas rozpieszcza na północy Europy. No, ale nie da się ukryć, że nic się nie chce - na pewno nie chce się gotować, a trochę nawet nie chce się jeść. Wtedy idealne jest właśnie gazpacho - hiszpański chłodnik, którego przygotowanie nie zajmuje zbyt dużo czasu. Trochę tylko czasu zajmuje oczekiwanie na schłodzenie i przegryzienie się zupy. No bo jest to zupa, na którą pomysł powstał za czasów panowania arabskiego na Półwyspie Iberyjskim.
Nie ma niewłaściwego przepisu na gazpacho. Może być białe, zielone, pomarańczowe lub czerwone, czyli tylko brak fantazji narzuca ograniczenia. Można jeść łyżką, zachowując część składników niezmiksowanych, można zmiksować i popijać z lodem. Tradycyjnie do gazpacho dodawany jest biały chleb, no ale trzeba pomyśleć o diecie bezwęglowodanowej i z niego zrezygnować. Moim zdaniem to w dalszym ciągu nie zmienia faktu, że to jest gazpacho. Można podawać z dodatkami lub bez dodatków. Ja na dzisiaj wybrałam wariant najprostszy, bez żadnych dodatków.
Mój dzisiejszy przepis jest następujący:
- 1 kg pomidorów bez skórki
- 3 zielone papryki
- 3 ząbki czosnku
- kilka dymek
- 2 łodygi selera naciowego
- 1 ogórek
- 3 łyżki oliwy extra vergine
- 3 łyżki octu balsamicznego
- sól & pieprz
- kilka kropli sosu worchestershire
- sok pomidorowy (opcjonalnie)
Możliwe, lecz niekonieczne dodatki to np.: 1 ogórek pokrojony w kostkę, 1 zielona papryka pokrojona w kostkę, szczypior pokrojony w paseczki lub też grzanki czosnkowe.
A potem usiąść sobie w cieniu, w ogrodzie - lub jak ja, na balkonie z opuszczoną markizą - i delektować się gazpacho.



