środa, 30 czerwca 2010

Kurczak po kubańsku

Nie wiem,  tak naprawdę, czy jest to przepis rzeczywiście pochodzący z Kuby. Wiele rzeczy jednak w nim się zgadza, jest ryż, fasola, banany,  więc dlaczego nie? Przepis ten znalazłam kiedyś w jakimś szwedzkim czasopiśmie,  i z tego co pamiętam, autorka artykułu twierdziła, że jest on autentyczny. Polecała go szczególnie jako danie, które przypadnie do gustu wszystkim członkom rodziny, szczególnie tym młodszym. Tak też się stało i w przypadku naszej rodziny. Zarówno młodszy M. jak i starszy M. polubili je bardzo i teraz co jakiś czas przychodzą z prośbą o kurczaka po kubańsku.

Składniki na 3 osoby:
  • 1 filet z kurczaka (duży)
  • ok. 150 g ryżu
  • 1 opakowanie (puszka) fasoli kidney
  • 100 g orzechów cashew
  • 100 g rodzynek
  • sól & pieprz
  • kilka bananów
  • jakiś chutney (u mnie ulubiony hot mango)
  • 3 jajka
Ugotować ryż zgodnie z zaleceniami producenta. W tym czasie podsmażyć na patelni, na oliwie lub maśle, pokrojonego w kawałki kurczaka. Dodać fasolę, orzechy i rodzynki oraz ugotowany ryż. Podgrzać wszystko chwilę, tak żeby wszystkie składniki były ciepłe oraz doprawić solą i pieprzem.  Podawać z pokrojonymi bananami, chutneyem i sadzonym jajkiem. Danie to ma jescze jedną podstawową zaletę, oprócz tego, że jest naprawdę smaczne. Jest proste i szybkie w przygotowaniu. Dzieci może będą wydłubywać fasolkę, lub poproszą o keczup zamiast chutneya, no ale trudno.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Tarta pomidorowo-szparagowa z serem pleśniowym

Szparagi w dalszym ciągu królują na straganach,  więc korzystam z tego - kolejna tarta, tym razem szparagi w towarzystwie pomidorów i sera pleśniowego. 
Ciasto - według przepisu z książki z serii Le Cordon Bleu "Tarty i inne wypieki":
 
  • 200g mąki
  • 100g masła
  • 1 jajko,
  • duża szczypta soli,
  • 2-3 łyżeczki wody,
  • i dodatek czyli kilka łyżek otrębów
Masa:
  • ok. 200 g zielonych szparagów
  • 200 g pomidorków koktajlowych
  • kiełki groszku, bazylia i pietruszka
  • 4 szalotki, lub 1 cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 65 g sera pleśniowego (użyłam danablu)
  • 180 ml śmietany
  • 1 jajko oraz sól & pieprz, świeżo zmielony.
Przygotować ciasto.
Masło rozetrzeć z mąką, otrębami i solą, dodać jajko wymieszane z wodą. Wyrobić ciasto na gładką,  jednolitą masę. Zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez minimum 20 minut. Ciasto rozwałkować i wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Ponakłuwać widelcem i ponownie schłodzić. Na ciasto położyć papier do pieczenia z wysypaną nań fasolą lub ryżem. Piec w piekarniku nagrzanym do 200 stopni jakieś 20 minut. Zdjąć papier i dopiec kilka minut.
W czasie dopiekania ciasta przygotować nadzienie.
Czyli, od szparagów odciąć głowki a łodyżki pokroić na talarki. Poddusić chwilę na rozgrzanej oliwie z wyciśniętym czosnkiem i cebulką i odłożyć główki na bok. Dodać kiełki, sól oraz  pieprz i poddusić krótką chwilę. Wymieszać śmietanę z jajkiem, doprawić i dodać pozostałą, pokrojoną  drobno, zieleninę. Utrzeć ser i dodać do mietany. Rozłożyć podduszone warzywa, oraz część pokrojonych pomidorków i zalać masą jajeczno-śmietanową. Na wierzchu położyć główki szparagowe i resztę pomidorów. Piec około 25-30 minut, do czasu aż wierzch będzie ścięty i ładnie przyrumieniony. Polecam, tarta jest pyszna.

sobota, 26 czerwca 2010

Afrykański barszcz o smaku kokosowym

Zainteresował mnie przepis znaleziony na taste-africa.com. Zupę powinno się gotować w potije,  żelaznym trójnożnym garnku, pod którym bezpośrednio rozpala się ogień i całe gotowanie oczywiście odbywa się na zewnątrz. Zastąpiłam potije swoim żeliwnym garnkiem i gotowałam w domu. Chodzi po prostu o to, że potrawa ma gotować się w tym samym garnku od początku do końca.


Składniki na zupę dla 6 osób:
  • ½ rzepy
  • 1 słodki ziemniak
  • 3-4 buraki
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łyżeczka majeranku
  • 1 łyżeczka  imbiru
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • 2 zielone papryczki chili 
  • trochę pokrojonej dymki
  • 750 ml bulionu warzywnego
  • 400 ml mleka kokosowego
  • garśc płatków migdałów
  • sól  & pieprz świeżo mielony
  • kolendra, wiórki kokosowe
Sposób przygotowania:
Poddusić na oliwie cebulę. Dodać pokrojone w kostkę wszystkie warzywa i przyprawy i dusić, podsmażać kilka minut. Odstawić garnek z palnika, dolać powoli mleko kokosowe i bulion warzywny. Gotować około 15 minut pod przykrywką. Podawać posypane kolendrą lub tymiankiem i wiórkami kokosowymi. Ponieważ najbardziej lubię zupy kremowe, zmiksowałam całość. Zupa ma dość ciekawy smak i bardzo pasuje na zimne, jesienne dni. Należy do przepisów w kategorii: nie jestem pewna czy jeszcze kiedyś to przygotuję. Ale ma bardzo ładny kolor;)

czwartek, 24 czerwca 2010

Senegalskie risotto, czyli Chicken Jollof Rice

Jollof Rice, nazywane również 'Benachin'  oznacza dosłownie jeden garnek w języku Wolof, którym mówi około 40% ludności Senegalu - nie tylko przedstawiciele grupy etnicznej Wolof. Jest to danie popularne w całej Afryce Zachodniej - a szczególnie wśród tej grupy etnicznej - i nie wiadomo tak naprawdę, czy pochodzi z Gambii, czy z Senegalu.
Jak zwykle to bywa jest bardzo wiele wariacji na jego temat. Podstawowymi składnikami są, oczywiście ryż, a obok niego pomidory, pasta pomidorowa i cebula. Oprócz tego używa się różnego gatunku mięs, owoców morza, ogromnej ilości warzyw i przeróżnych przypraw. Czyli jest też wariant stricte wegetariański. W Afryce używa się do przygotowania jollof, jak do wielu innych potraw, oleju palmowego, ale ma on tak specyficzny smak, że ja z niego zrezygnowałam.  Danie to jest serwowane przy każdej większej rodzinnej okazji i oczywiście według rodzinnego przepisu. W Senegalu używa się często też ostrej kiełbasy  Merguez, popularnej w muzułamńskiej części Afryki.
Mój przepis oparłam na przepisie znalezionym tutaj oraz we wspomnianej już książce*. Zamiast  merguez użyłam baconu z indyka, ale można całkowicie z tego zrezygnować.

Składniki na 6 osób:
  • 4 łyżki oleju z orzeszków ziemnych, lub oliwy
  • 8 plastrów baconu z indyka, lub 2 drobiowe kiełbaski
  • 1 kurczak podzielony (ja użyłam tylko filetów, 3 dużych)
  • 6 wyciśniętych ząbków czosnku
  • 1 łyżeczka chili w proszku
  • 2 łyżeczki kuminu
  • 2 łyżeczki mielonej kolendry
  • 2 laski wanilii (użyłam proszku)
  • 5 pomidorów lub 1 puszka krojonych pomidorów
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego
  • 2 pokrojone czerwone cebule
  • 2 papryczki jalapeño, bez pestek i ścianek, pokrojone
  • 250 g ryżu np. basmati
  • 750 ml bulionu z kurczaka
  • 5-6 cebulek dymek
  • 3 zwykłe zielone papryki
  • 250 g zielonego groszku (np. mrożonego)
  • ew. marchewka, cukinia, okra itp.
Sposób przyrządzenia:
  1. Podsmażyć na oleju, bacon, wszystkie części kurczaka, oprócz filetów, czosnek, chili,  kumin i kolendrę około 8-10 minut. Należy obracać częsci kurczaka, tak aby wszystkie były przyrumienione. Dołożyć pokrojone filety i zrumienić je również. Odłożyc podsmażone częsci kurczaka.
  1. Dodać cebule, jalapeño i sól i poddusić aż cebula będzie miękka. Dodać pokrojoną paprykę i ewentualnie inne jarzyny i poddusić jeszcze chwilę. 
  2. Dodać odłożone częsci kurczaka i oraz ryż oraz bulion i przecier pomidorowy. Wymieszać dokładnie i przykryć naczynie szczelnie pokrywką. Gotować na małym ogniu przez około 20 minut, do czasu aż ryż wchłonie cały płyn i będzie miękki, ale nie rozgotowany. Odstawić potem na 15 minut, żeby smaki się ładnie zgrały.
  3. Jeśli używasz lasek wanilii, czas je teraz wyrzucić. Dodać pokrojoną dymkę i rozmrożony groszek i pogotować chwilkę do momentu aż groszek będzie zupełnie ciepły. Gotowe.
Ja całość przygotowywałam w  żeliwnym tagine, ale każde inne naczynie z wysokimi brzegami będzie zupełnie ok. Ważne jest, żeby miało szczelną pokrywkę.
Następnym razem planuję wersję wegetariańską, która powinna być równie dobra jeśli nawet nie lepsza. Jak wspomniałam, można dodać wszystkie możliwe sezonowe warzywa, zachowując sposób przyrządzania i charakterystyczne przyprawy. Z przypraw można dodać jeszcze liście laurowe, tymianek, szafran i oczywicie imbir. Najważniejsze jest, żeby cała potrawa miała zdecydowanie czerwony kolor.
    * Marcus Samuelsson Africa on mine Mind

    wtorek, 22 czerwca 2010

    W poszukiwaniu zielonego chleba, czyli chleb szpinakowy

    Chodzi za mną chleb w kolorze zielonym, nie wiem doprawdy dlaczego - może dlatego, że bardzo lubię zielony kolor, albo może dlatego,  że zielone to samo zdrowie. Próbowałam już różnych tricków próbując osiagąć pożądany efekt, najczęściej dosypując do ciasta chlebowego najróżniejszą zieleninę, pietruszkę, koperek, bazylię itp. Smak oczywiście był ciekawy, ale zieloność znikała. Pomyśałam więc, że może powiedzie mi się ze szpinakiem. Pomyliłam się po raz kolejny, ale powstał przepis na kolejny, świetny chleb, tzn zdaniem moim  i częśći rodziny.


    Chleb szpinakowy z dynią i słonecznikiem:
    • 100 g (1dl) zakwasu żytniego,
    • 300 g (3 dl) wody,
    • 6 g świeżych drożdzy,
    •   200 g  mąki pszennej (u mnie Manitoba)
    • 150 g  mąki orkiszowej
    • 2 łyżki suszonej pietruszki
    • 4 łyżki ziaren słonecznika
    • 6 łyżek ziaren dyni
    • 200 g mrożonego szpinaku
    • 50 g otrębów owsianych
    • 6 g (1 łyżeczka) soli
    Rozmrozić szpinak (na b. małym ogniu ok. 10-15 min). Wymieszać z wodą. Wymieszać wodę szpinakową i dodać drożdże, które maja się rozpuścić. Dodać mąkę i wszystko pozostałe i mieszać drewnianą łyżką do połączenia się wszystkich składników. Zostawić przykryte na ok. godzinę.Potem jak zwykle powtarzamy to, co dotyczy wszystkich chlebów pieczonych  przeze mnie tą metodą. Powtarzam więc sposób postępowania. 
    Przykryć folią plastikową i zostawić na 1 godzinę lub troche więcej. Ciasto ma wyrażnie urosnąć w tym czasie. Następnie wymieszać ciasto za pomocą łyżki, mieszając od dołu do góry, uzyskując w ten sposób coś w rodzaju naprężania ciasta.Powtórzyć tę czynność dwukrotnie, co godzinę. Ciasto rośnie wyraźnie w tym czasie. Po ostatnim naprężaniu pozwolić, żeby ciasto rosło, aż się podwoi. Wyłożyć ciasto, które jest dość rzadkie, awysypaną bardzo obficie mąką, ścierkę kuchenna rozłożoną na blacie. Rozciągnąć w kształt kwadratu i poskładać formując zgrabną paczuszkę - co nie jest banalnie proste ze względu na konsystencję . Przełożyć paczuszkę ze ścierka do durszlaka i przykryć.. Ciasto ma trochę urosnąć. U mnie trwało to ok. 1 godziny. W tym czasie nagrzać piecyk do temperatury 250 stopni, wstawiając do środka żeliwny garnek z pokrywką, lub inne naczynie z pokrywką. Wyjąć nagrzany garnek z piekarnika, i przełożyć delikatnie ciasto do garnka. Przykryć i wstawić do pieca. Po 15 minutach zdjąć pokrywkę, zmniejszyć temperaturę do 230 stopni i dopiec chleb przez 20-25 minut. Wyjąć garnek i wyrzucić chleb do ostygnięcia na kratkę.


    Chleb polecam, ma  chrupącą skórkę, sympatyczne dziurki i ciekawy smak, nawet jeśli nie jest zielony.
    I w dodatku jest taki przyjemnie wilgotny. W sprawie koloru będę dalej eksperymentować.

    poniedziałek, 21 czerwca 2010

    Imbirowo-cytrusowa sałatka bananowa z miodem

    Gdy tylko zobaczyłam ten przepis wiedziałam, że to będzie hit smakowy. 
    I nie pomyliłam się. Słodkie banany w syropie imbirowym z dodatkiem
    soku z limonek i pomarańczy, polane złocistym miodem.
    To nie mogło być niedobre. A w dodatku super proste.



    Autorski przepis* zmodyfikowałam i jest następujący. 
    Syrop imbirowy:
    • 120 g cukru z trzciny cukrowej
    •  3 cm świeżego imbiru, obranego i cienko pokrojonego
    • 1 laska wanilli (ja mam wanilię w proszku)
    • 200 ml wody
    Pozostałe składniki:
    • sok z 4 limonek
    • sok z 2 pomarańczy
    • kilka bananów (4-5)
    • miód
    • ewentualnie lody do podania
    Zagotować cukier, imbir i wanilię w małym garnku, mieszając dopóki
    cukier się nie rozpuści. Ja gotowałam dłużej, do momentu kiedy znaczna część
    wody odparowała, a syrop zaczął wyraźnie gęstnieć.
    Zdjąć garnek z palnika. Odcedzić syrop i zachować kilka łyżek.
    Resztę wymieszać z sokiem z  limonek i  pomarańczy.
    Następnie odstawić do lodówki na minimum 1 godzinę.
    Autor poleca dodać pokrojone banany tuż przed podaniem, ale ja
    dałam im się pomarynować w zalewie przez godzinę.
     Zjedliśmy z lodami o smaku lemon curd z kawałkami bezów,
    polane resztą imbirowego syropu i miodem. Poezja.
    Z lodami waniliowymi lub miodowymi byłoby tak samo dobrze.



    *****
    W sobotę pojechaliśmy do Rinkeby - jednej z dzielnic Sztokholmu zamieszkałej przez najmniejszą ilość Szwedów (ok. 10%) gdzie są reprezentowane w dużej ilości najlepsze orientalne delikatesy miasta. Jest też targ na którym można znaleźć prawie wszystko i w dodatku w połowie normalnych cen.


    * Przepis, na którym się oparłam pochodzi, po raz kolejny z książki Marcusa Samuelssona Africa on my Mind,  a inspiracją do niego była dla autora jego rodzinna Etiopia - kraj mlekiem i miodem płynący. Marcus podaje również przepis na lody miodowe, ale ich nie robiłam, więc przepisu nie zamieszczam, ale mogę.

    niedziela, 20 czerwca 2010

    Nowinki kulinarne prosto z królewskiego stołu ;)

     Wczoraj w Sztokholmie zakonczyła się happy-endem, trwająca 9 długich lat, saga miłosna księżniczki i chłopca z ludu. Księżniczka Victoria, następczyni szwedzkiego tronu, poślubiła swojego Daniela. W tym samym momencie, gdy wypowiedziała swoje historyczne TAK! Daniel Westling z Ockelbo, został księciem Szwecji. 
     Rodzina królewska - a w szczególności król Carl Gustaf -  której błękitność krwi jest zresztą dość wątpliwa, długo nie mogła zaakceptować wyboru Victorii. No cóż, w końcu miłość zwyciężyła, łzy wzruszenia zostały otarte i weselny obiad skonsumowany.

    W przygotowanie menu para ksążęca była bardzo zaangażowana. Wszystkie ingrediencje były bardzo staranie dobrane, głównie pochodzące ze Szwecji oraz oczywiście ekologiczne, a nowalijki przyjechały ze słonecznej Gotlandii. Na szczęście, przy komponowaniu menu, nie było potrzeby uwzględniać wegetarian, ponieważ wśród 500 gości weselnych zabrakło ich reprezentantów.

    ****
    MENU WESELNE:

    • Raki morskie  z wybrzerza zachodniego Szwecji (Västkusten) z truflem letnim czarnym (tuber aevistum) i kawiorem truflowym 
    • Dorsz marynowany w cytrynie, z kwiatami (nie wiem jakimi) i pianką z zielonego ogórka
    • Kremowy chłodnik z zielonego groszku, z ikrą sielawy z Kalix
    ****
    • Salvelinus (ryba z rodziny lososiowatych) z ziolami,  jajkami przepiórczymi w koszulkach,  zielonymi  szparagami i buraczkami z Gotlandii, oraz sosem z pokrzywy i cebulki zwanej Ramslök
    • Filet z cielęciny ze Stenhammar z syropem z grilowanej cebulki  w towarzystwie zapiekanych  ze szwedzkim serem (Allerum prästost) ziemniaków, terrina pomidorowa oraz marchewka gotowana z tymiankiem,wraz z białą kapusta i sosem estragonowym
     ****
    Pianka truskawkowa z rabarbarowym wnętrzem oraz lodami waniliowymi w bialej czekoladzie.
     ****
    Wina (wyboru dokonał król)
    • Champagne Pommery 2000 Grand Cru
    • Sancerre Les Pierris 2008 Domaine Roger Champault
    • Pommard 1: er Cru Epenots 2002 Louis Jadot
    • Château Simon 2007 Sauternes
     ****
    Ukoronowaniem był tort weselny, 11-piętrowy, o wadze 250 kilogramów i wysokości 330 cm, w kolorze biało-różowym.

    Każdy poziom, w kształcie listków koniczyny, miał 6 cm wysokości i składał się z 9 warstw - m.in. bezy migdałowo-cytrynowe, bezy migdałowe, syrop migdałowo-czekoladowy, mus z champana, poziomkowy curd z kompotem z poziomek. Oczywiście czekolada była biała. Tort był wysprejowany białą czekoladą i pokryty musem, czy też pianką, z szampana. Przybrany 100 różami i 40 liljami z karmelu  oraz 250 złotymi,  ręcznie kręconymi spiralkami. Uff - nie wiem czy dobrze przetłumaczyłam to wszystko, ponieważ cukiernik ze mnie żaden, ale jakieś pojęcie może to jednak daje.

    Na zdjęciu, świeżo upieczony książe Daniel ze swoją, nareszcie własną,  księżniczką Victorią. 

    PS.Mnie tam nie było;) a zdjęcia pochodzą z gazety Aftonbladet, oraz z sr.se

    piątek, 18 czerwca 2010

    Gemmer - napój imbirowy na sposób południowoafrykański


    Gemmer, to napój imbirowy rodem z południowej Afryki.
    Idealny na upalne dni, orzeźwiający, z intensywnym aromatem imbiru -  jego świeżą, trochę słodką, a trochę drzewną nutą - i lekko palącym, gorzkawym smakiem.Dodatek pomarańczy i soku z limonek balansuje smak napoju i komponuje się znakomicie z pozostałymi składnikami. Po prostu hit dla wielbicieli imbiru, do których zaliczam się od wielu lat.

    Składniki:
    • sok z 4 limonek
    • 250 ml świeżo wyciśniętego soku z pomarńczy
    • 1 l wody
    • 16 cm imbiru, obranego i utartego
    • 100 g cukru (np. trzcinowego lub innego ulubionego)
    • 4 goździki
    • 4 kapsułki kardamonu 

    Zagotować wodę wraz z wszystkimi pozostałymi składnikami. Przelać do innego naczynia i wystudzić. Przykryć i wstawić do lodówki na przynajmniej dwie godziny, ale chętnie dłużej. Dokładnie przecedzić i podawać.
    Można z powodzeniem zmienić proporcje, dodać mniej wody, więcej soku. Można zastosować sok z owoców mango, w połaczeniu z owocami cytrusowymi. Jak zwykle wariacji na temat może być niezliczona ilość - granice wyznacza tylko nasza fantazja, lub jej brak;) Ważne jest jednak, żeby nie zmniejszać ilości imbiru, ponieważ to właśnie on stanowi o całości. 
    O cudownych właściwościach imbiru nie będę się rozpisywać - wystarczy pogooglować - ale jest ich bardzo wiele. 

    Przepis,  który wykorzystałam pochodzi, ze wspomnianej już przeze mnie,  książki Marcusa Samuelssona pt. AFRICA ON MY MIND. Książkę polecam gorąco wszystkim zainteresowanym kuchnią egzotyczną. Autor zabiera nas w niezapomnianą i fascynującą  podróż kulinarną - i nie tylko - po całym kontynencie afrykańskim. Ciekawe jest to, że tak na prawdę nie ma zbyt wiele publikacji opisujących kuchnię Afryki, poza oczywiście kuchnią krajów Maghrebu. A szkoda, ponieważ zagłębiając się w jej tajniki odkrywam i dowiaduję się wielu niezwykle interesujących rzeczy, o których,  do tej pory, nie miałam pojęcia.
    Napój można spokojnie przechować w lodówce - chętnie w zamknietej
    butelce - przynajmniej 2 dni, ale nie sądzę, żeby była taka potrzeba.

    czwartek, 17 czerwca 2010

    Callaloo, zielona zupa z Karaibów

    Callaloo to bardzo zielona zupa z Karaibów - można wręcz powiedzeć potrawa narodowa tego regionu - z korzaniami w Trinidad i Tobago, ale też niezwykle popularna w Guyana, na Jamajce, Haiti i okolicach. Zupa przywędrowała do tych rejonów wraz z niewolnikami z Afryki Zachodniej w latach 1700-setnych.

    Głównym, oryginalnym składnikiem tej, niewinnie prostej,  zupy są liście rośliny o wielu nazwach. W wielu różnych przepisach i regionach spotkamy się z takimi nazwami jak: callaloo lub bhaaji, lecz również coco, tannia, bhaaji,  taro, amaranth lub dasheen bush. Można też spotkać się po prostu z określeniem "callaloo bush". Jednym słowem pomieszanie z poplątaniem i doprawdy gdyby się chciało dociec, które liście są tymi właściwymi, zagubimy się i przy okazji osiwiejemy.

    Więc jakkolwiek skomplikowanie by to nie brzmiało, można te wszystkie egzotyczne liście zastąpić po prostu szpinakiem, lub czym innym bardzo zielonym - pewnie nawet pokrzywą, a najpewniej rukwią wodną.
    Mniejsza z tym, ja miałam szpinak i na tym się oparłam, przygotowując jedną z tysiąca wersji Callaloo, wegetariańską (są również nie-wegetariańskie w dużym wyborze), ponieważ bardzo mi jakoś to do całej zieloności tej zupy pasowało.


    • 2 łyżki oleju z orzechów ziemnych
    • 2 drobno posiekane cebule, lub jedna duża
    • 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
    • 3/4 kg liści szpinaku (lub innej zieleniny tego rodzaju)
    • 1 młoda cukinia (niekoniecznie)
    • 1 papryka chili drobno pokrojona
    • 1/2 l bulionu z kurczaka lub warzywnego
    • 1,5 łyżeczki kuminu
    • 1,5 zmielonej kolendry
    • 250 ml mleka kokosowego
    • 250 ml słodkiej śmietanki
    • sól
    • sok z limonek
    Na oleju podsmażyć cebulę, czosnek i pozbawione pestek chili, dodać po chwili przyprawy i poddusić jeszcze chwilkę. Jeśli oprócz liściastej zieleniny używamy cukinii lub np. okry (którą też oczywiście można dodać do zupy) należy je dodać w tym momencie. Następnie dolać wszystkie płyny i pogotować kilka minut. Autor przepisu *, z którego korzystałam, zaleca gotowanie przez 30 minut, szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Dodać liście i pogotować 5 minut. Zmiksować zupę dokładnie i podować z odrobiną mleka kokosowego i soku z limonki.

    Zupa jest zaskakująca, można ją pokochać lub przeciwnie całkowicie odrzucić. Niestety jedyną osobą w domu, która mogła przetestować jej smak byłam ja. Autor przepisu zalecał dodanie 2 papryczek rodzaju Birds eye, więc pomyślałam sobie, że dodanie jednej habanero będzie zupełnie ok. Myliłam się niestety, musiałam trafić na habanero o mocy 500.000 w scali Scoville;)**. Ale dałam radę i wielbicielom wszelkiej zieleniny bardzo zupę polecam, ale też zachęcam do ostrożności w doborze chili do niej. Myśle, że najczęściej spotykany Spanish Peppar, będzie zupełnie wystarczający.

    Habanero należy, do jednej z pięciu grup chili, mianowicie, Capsicum chinense . Nazwa jest bardzo myląca ponieważ sugeruje, że habanero pochodziłoby z Chin, gdy gdy tak na prawdę wywodzi się z Ameryki Południowej i Karaibów.
    Rodzina Capsicum chinense otrzymała swoją nazwę w roku 1776 av , a jej ojcem chrzestnym był holenderski fizyk :D Nikolaus von Jacquin, który w latach 1754 till 1759 zbierał różne rośliny na Karaibach dla cesarza Franciszka I.  Ciekawe, swoja drogą dlaczego akurat fizyk dostał takie zlecenie. 

    Habanero jest jednym z najbardziej ostrych gatunków chili.
    Moc habanero waha się między 40.000 - 500.000 Scoville,
    co można porównać do cayenne 35.000 - 55.000 Scoville,
    lub słabiutkiego peperoni 500 - 1000 Scoville
    ** Skala Scoville (The Scoville scale) jest miarą ostrości papryki chili, a jej nazwa pochodzi od twórcy tego testu Wilbura Scoville. Więcej bardzo ciekawych informacji na ten temat można znaleźć tutaj.


       * Przepis pochodzi z książki Marcusa
    Samuelssona pt. Africa on my mind, 
    The Soul of a new Cuisine. A Discovery
    of the Foods and Flavors of Africa.
    Marcus, urodzony w Etiopii, wychowany
    w Szwecji, mieszka obecnie w Nowym
    Jorku, w dzielnicy Harlem, gdzie prowadzi
    2 restauracje, m.in. Aquavit. Jest on
    przedstawicielem nowej kuchni
    skandynawskiej oraz propagatorem
    kuchni etnicznych, w tym oczywiście
    swojego rodzinnego kraju.

    wtorek, 15 czerwca 2010

    South African Cape Malay Chicken Curry

    Dalej w temacie smaków afrykańskich. Po bobotie przyszła kolej na dalsze poszukiwania specjałów kuchni południowej Afryki. Zainteresował mnie przepis na Cape Malay Chicken Curry znaleziony  na   taste-africa, ale nie byłabym sobą gdybym nie poszukała innych przepisów na to danie. Oczywiście znalazłam ich wiele. A to z szafranem,  a  to z trawą cytrynową,   tu z jogurtem,  tam z mlekiem kokosowym. Jeśli poszuka się lepiej znajdzie się wiele więcej wariantów. W każdym razie danie, lub właściwie mieszanka przypraw nazwana Cape Malay wywodzi się z Boo-Kaap, które jest częścią Cape Town. Przepis na tę mieszankę był początkowo jednym z tych, które przekazuje się z ust do ust, a pochodził z jednego ze sklepów z przyprawami w tej właśnie części Cape Town.

    W końcu jednak zdecydowałam się oprzeć na jednym przepisie, który można przeczyrtać tutaj. Troszkę zmieniłam i tak powstał wariant sztokholmski Cape Malay Chicken Curry. Można oczywiście użyć  inne mięso np. jagnięcinę.

    Składniki na 4 porcje:
    • 3 filety z kurczaka
    • 3 cebule (drobno pokrojone)
    • 2-4 ząbki czosnku
    • 1 łyżka cape malay curry, lub inne curry (łagodne)
    • 100 g suszonych moreli (namoczonych i osuszonych)
    • imbir świeży, utarty - 1 łyżka
    • 1 lyżeczka mielonej kolendry
    • 1 lyżeczka kuminu
    • troszkę cynamonu i kardamonu
    • 3 goździki (roztarte)
    • 2 marchewki
    • 2 łyżki przecieru pomodorowego
    • trochę bulionu z kurczka
    • 2 łyżki czerwonego octu winnego
    • 100 g mleka kokosowego
    • 2 banany, pokrojone w plasterki i chutney do podania, oraz pokrojoną drobno świeżą kolendrą.
    Oczywiście powinno się to danie przygotować w garnku potije, od której to nazwy, pochodzą też nazwy potraw w nim przygotowywanych the Potijekos. Tak jak od naczynia tagine (Marocko) pochodzą  nazwy potraw robionych w tagine. Nie mam potije, ale mam garnek żeliwny, który spisał się znakomicie w tej roli. Można też z powodzeniem użyć patelni z wysokimi brzegami.

    Sposób przyrządzenia:
    1. Rozgrzać w garnku oliwę i dodać pokrojoną cebulę i wyciśnięty czosnek i mieszając podsmażyć chwilę. Dodać imbir, curry i pozostałe przyprawy i smażyć jeszcze minutę. Doprawić solą i pieprzem. Wyjąć z garnka i odłożyć.
    2. Zmniejszyć temperaturę,  dodać pokrojone mięso i zrumienić ze wszystkich stron. Gdy mięso jest podsmażone dodać odłożoną mieszankę cebuli i czosnku z przyprawami. Odkładamy ją, żeby nie ryzykować przypalenia całości.
    3. Dodać ok. 200 ml bulionu, morele, pokrojoną marchewkę i ocet winny. Przykryć garnek i dusić ok 10-15 minut jeśli używamy kurczaka. Dłużej w przypadku innego mięsa. Na samym końcu dodać mleko kokosowe. 
    4. Jeśli sos jest zbyt rzadki możnać dodać odrobinę maizena. Podawać z żółtym ryżem (gotowanym z kurkumą i ewentualnie, wanilą i kardamonem), pokrojonymi bananami, pokropione mlekiem kokosowym i jakimś chutney.
    Muszę przyznać, że curry spotkało się z przyjęciem entuzjastycznym. Słodkawo-ostre smaki komponują się świetnie ze smakiem bananów i ostrym chutney (ja miałam ananas-chipotle chutney). W oryginalnym przepisie banany wędrują do garnka, ale mnie się ten pomysł nie podobał i wydaje mi się słusznie. To samo dotyczy moreli - przepis zaleca dodanie dżemu morelowego w ostatnich minutach duszenia - ja wybrałam morele suszone, dodane we wczesniejszej fazie.
    Polecam gorąco!
    W najbliższych dniach mam plany na zupę z między innymi słodkich ziemniaków, innych bulw i  z kokosem. Sama jestem ciekawa. Albo przeniosę się do Afryki Północnej i zrobię marokańską zupę o nazwie harira. Jeszcze nie wiem.

    niedziela, 13 czerwca 2010

    Ziarnisty chleb i polski dzień w kuchni

    Kolejny chleb w garnku, metoda niezawodna i w dodatku bardzo prosta. No a chleb zawsze się udaje. Tym razem do ziaren dyni dorzuciłam ziarna słonecznika. Bardzo ładnie zielone komponują się z białymi. 
    Tutaj znajdziesz wszystkie nasze przepisy na chleby pieczone w garnku.

    ***
    Chleb owsiano-pszenny z dynią i słonecznikiem:
    • 100 g (1dl) zakwasu żytniego,
    • 300 g (3 dl) wody,
    • 6 g świeżych drożdzy,
    •   200 g  mąki pszennej (u mnie Manitoba)
    • 150 g  mąki owsianej
    • 2 łyżki suszonego koperku
    • 2 łyżki suszonej pietruszki
    • 6 łyżki ziaren dyni
    • 4 łyżki ziaren słonecznika
    • 2 łyżki ziaren siemienia lnianego
    • 50 g otrębów owsianych
    • 6 g (1 łyżeczka) soli
    Wymieszać wodę i mąkę, drewnianą łyżką do połączenia się wszystkich składników. Zostawić przykryte na 30 minut, dodać sól, rozpuszczone w odrobinie wody drożdże, wszystkie nasiona oraz zakwas i wymieszać ponownie.
    A potem jak zwykle powtarzamy to co dotyczy wszystkich chlebów pieczonych  przeze mnie tą metodą, czyli znowu wklejam sposób postępowania, z tym, że dokonałam pewnej drobnej, aczkolwiek istotnej zmiany.
    Przykryć folią plastikową i zostawić na 1 godzinę lub troche więcej. Ciasto ma wyrażnie urosnąć w tym czasie. Następnie wymieszać ciasto za pomocą łyżki, mieszając od dołu do góry, uzyskując w ten sposób coś w rodzaju naprężania ciasta.Powtórzyć tę czynność dwukrotnie, co godzinę. Ciasto rośnie wyraźnie w tym czasie. Po ostatnim naprężaniu pozwolić, żeby ciasto rosło, aż się podwoi. Wyłożyć ciasto, które jest dość rzadkie, awysypaną bardzo obficie mąką, ścierkę kuchenna rozłożoną na blacie. Tak jak pokazuję na zdjęciach. Rozciągnąć w kształt kwadratu i poskładać formując zgrabną paczuszkę - co nie jest banalnie proste ze względu na konsystencję . Przełożyć paczuszkę ze ścierka do durszlaka i przykryć.. Ciasto ma trochę urosnąć. U mnie trwało to ok. 1 godziny. W tym czasie nagrzać piecyk do temperatury 250 stopni, wstawiając do środka żeliwny garnek z pokrywką, lub inne naczynie z pokrywką. Wyjąć nagrzany garnek z piekarnika, i przełożyć delikatnie ciasto do garnka. Przykryć i wstawić do pieca. Po 15 minutach zdjąć pokrywkę, zmniejszyć temperaturę do 230 stopni i dopiec chleb przez 20-25 minut. Wyjąć garnek i wyrzucić chleb do ostygnięcia na kratkę.

    Chleb bardzo dobry, z chrupiącymi ziarnami i lekkim smakiem zieleniny, na zdjęciu poniżej w towarzystwie mojego najbardziej ulubionego twarożku. Jak wspominałam, mama przywiozła mi z  Warszawy ogórki małosolne,  między innymi.
    W sobotę rano wskoczyłam w samochód i pojechałam do polskiego sklepu, głównie po biały ser. Wiem oczywiście, że można zrobić w domu i często robię,  ale jednak nie wychodzi mi tak dobry.

    Przepisu na twarożek nie trzeba specjalnie podawać. W moim ulubionym muszą być ogórki małosolne, pomidory - chętnie takie, które smakują pomidorami - śmietana i dużo koperku, no i oczywiście pieprz i sól. W tym wypadku używam zawsze śmietany, a nie jogurtu czy czegoś innego. Jakoś tak jest najlepiej. Bardzo pasował mi ten twarożek do kromki świeżego chleba posmarowanego, wcale nie cienko, masłem. Bardzo też smakował z, również przywiezionym, serem korycińskim, który jadłam pierwszy raz w życiu. Ser znakomity jest, chyba dołączę do fanów ;)

    ****
    Zwieńczeniem dnia polskiego był chłodnik, nie wiem czy on litewski czy polski, ale uwielbiam go właśnie tak jak ja go robię. Czyli muszą w nim się znaleźć - oprócz buraczków i liści botwinki - rzodkiewka, świeży ogórek, dużo koperku i szczypioru - nie szczypiorku.


    Tak jak na twarożek, przepis na chłodnik każdy zna. A jak nie zna, to tak szybko. Pokroić drobno liście botwinkowe i utrzeć buraczki na tarce z dużymi oczkami. Podgotować maximum 10 minut w małej ilości osolonej wody i ostudzić. Wymieszać ze zsiadłym mlekiem (tutaj nie ma, więc używam kefiru) - wtedy powstaje ten cudowny kolor - wkroić rzodkiewkę i ogórek (można utrzeć, ale ja tego nie robię, wolę większe kawałki) doprawić solą i pieprzem. Wstawić do lodówki i podawać z jajkiem ugotowanym na twardo. Mój chłodnik jest zawsze bardzo gęsty i taki powinien być, moim zdaniem.
    I to wszystko, a jutro wracam do Afryki:)

    piątek, 11 czerwca 2010

    Chakula znaczy jedzenie w swahili - dziś bobotie

    Bobotie to potrawa tzw. kuchni domowej w Południowej Afryce. Jak to z takimi potrawami bywa,  jest tyle ich wariacji,  ile gospodyń domowych. Bobotie jest daniem z długą tradycją,  a przywedrowało do Południowej Afryki z holenderskich kolonii w Indonezji. Do prowincji Kapp dotarło w latach 1600-tnych, ale teraz można je spotkać w wielu innych krajach Afryki jak: Kenia, Botswana, Nigeria i Zimbabwe. Przepis, który wykorzystałam pochodzi od kucharza, chyba jedynej afrykańskiej restauracji w Sztokholmie, o nazwie Chakula.


    Mamy do niej niedaleko, i tam święciliśmy czyjeś urodziny,  jakiś czas temu. Stoliki trzeba rezerwować.
    W lecie jest bardzo przyjemnie posiedzieć w ogródku, na ulicy. Zawsze są do dyspozycji ciepłe pledy - bo to w końcu północ Europy - i  korzystaliśmy z nich kilkakrotnie (mają w dodatku bardzo ładne kolory).
    Ja zamówiłam właśnie bobotie,  i bardzo byłam z wyboru zadowolona. Jedliśmy tam jeszcze kilka razy i za każdym razem bobotie smakowało trochę inaczej, ale zawsze bardzo;) I tak ma właśnie być.
    To moje pierwsze bobotie, więc, wyjątkowo tym razem, trzymałam się podanego przepisu dość śćiśle.
    • 1 kg chudej mielonej jagnięciny lub wołowiny 
    • 2 kromki tostowego chleba 
    • 2 ząbki czosnku
    • 2 łyżki masła
    • 2 łyżki utartego imbiru
    • łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
    • łyżeczka słodkiej mielonej papryki 
    • 2 łyżeczki curry
    • 2 łyżki czerwonego octu winnego
    • 2 łyżki sosu worcestershire
    • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
    • 4 łyżki rodzynek
    • 4 łyżki suszonych moreli
    • 2 jajka
    • 200 ml mleka 
    • sól & pieprz
    • ewentualnie trochę świeżej kolendry


    Przyrządzamy w następujący sposób:

    Nagrzać piekarnik do 200 stopni. Chleb tostowy namoczyć w mleku. Obrany i drobno posiekany czosnek przysmażyć chwilkę na maśle. Dodać mięso i smażyć, mieszając i rozgniatając większe grudki, na lekko rumiano. Dodać kmin, paprykę, ocet winny (ja miałam daktylowy balsamiczny - super) rodzynki, pokrojone drobno morele, sól i pieprz oraz rozmoczony chleb.  Starannie mieszać, tak żeby nie było żadnych grudek. Masę mięsną przełożyć do formy żaroodpornej. 2 jajka wymieszać z mlekiem, w którym moczył się chleb oraz solą i pieprzem na gładką masę. Mieszanką polewamy mięso i wstawiamy do piekarnika na max. 40 minut. Powierzchnia ma być śćięta i lekko przyrumieniona.  Bobotie kroimy w kawałki i podajemy z żółtym ryżem. 
    Ja ugotowałam basmati z kurkumą (dla koloru) i dodatkiem prawdziwej wanilii. 
    Bardzo pasuje jakiś chutney - ja miałam mangochutney - i sałata.



    Danie na czasie,  w zwiazku z mistrzowstwami piłki noznej, odbywającymi się właśnie w RPA. Bardzo polecam, choć pewnie nie dla wszystkich kombinacja mięsa z czosnkiem i suszonymi owocami będzie zachęcająca, ale naprawdę warto spróbować. Poza tym sprawdzono, że smakuje dzieciom:)

    ****
    Dziś moja mama przywiozła mi z Polski ser koryciński (dzieki wielkie Pinosku), i ogórki małosolne. Więc jutro pędze do polskiego sklepu po biały ser i zrobię mój ulubiony twarożek. I w ogóle będzie cały dzień polski;)

    środa, 9 czerwca 2010

    Skutki bezsenności czyli wiosenna sałatka ziemniaczana

    Są takie dni kiedy nie można zasnąć, czasem przychodzą wtedy do głowy niezbyt mądre pomysły. Ale nie wczoraj;) Godzina 2 w nocy, przewędrowałam się po FB, obejrzałam film i dalej kompletnie nie chce mi się spać. Są takie dni kiedy jakoś nie można zwolnić obrotów. Dobrym lekarstwem w moim wypadku są często ksiązki kucharskie, jakoś tak uspokajają i pozwalają zapomnieć o wędrujących po problemach myślach. I tak własnie było wczoraj. Przypomniałam sobie o przyjemnej książce "Przepyszne ziemniaki"* i zaczęłam przeglądać dział poświęcony sałatkom. Zainspirował mnie przepis na sałatkę ziemniaczaną z selerem naciowym, dokonałam w nim w myślach pewnych zmian i spokojnie poszłam spać.
    Na sporą porcję sałatki potrzeba:
    • 600 g młodych ziemniaków
    • 3-4 łodygi selera naciowego
    • 5 cebulek dymek
    • sporą garść kiełków słonecznika
    • pęczek rzodkiewek
     Sos:
    • 5 łyżek majonezu
    • 150 g jogurtu lub śmietany
    • 2 łyżki utartego chrzanu
    • sól & pieprz
    • natka pietruszki
    Wykonanie:
    Wyszorowane ziemniaki ugotować w osolonej wodzie. Wymieszać w salaterce składniki sosu. Pokroić umytego selera i rzodkiewki na plasterki. Wrzucić do sosu i wymieszać. Dodać pokrojoną dymkę, pokrojone w plasterki, ostudzone ziemniaki i kiełki słonecznika. Wymieszać delikatnie tak żeby ziemniaki się nie rozpadły. Podawać posypane dymką, natką selerową i przybrane rzodkiewkami. My jedliśmy z grillowanym rosbifem na zimno. Czy rzeczywiście tak jest roast beef po polsku? Myślę, że świetnie by było też z jajkiem sadzonym, lub jeszcze zupełnie z czymś innym. Można też ewentualnie dodać jajka na twardo do sałatki. Wtedy chyba już żadne dodatki nie będą potrzebne. W każdym razie sałatkę uznaję za bardzo udaną. Chupiący seler, lekko szczypiące w język rzodkiewki (nareszcie jakieś prawdziwe,  na pewno nie z Holandii) i dodatek chrzanu stanowią bardzo przyjemną kombinację.
    Polecam.
    * Książka wydawnictwa Reader´s Digest 

    wtorek, 8 czerwca 2010

    Tarta ze szparagami i serem brie & 10 zdjęcie

    Tym razem szparagi gotlandzkie powędrowały do tarty. Tarta powstała w związku z zalegającym w lodówce serem brie, którego jakoś nie mogliśmy przejeść.
    Ciasto - według przepisu z książki z serii Le Cordon Bleu "Tarty i inne wypieki":

    • 200g mąki,
    • 100g masła
    • 1 jajko,
    • duż szczypta soli,
    • 2-3 łyżeczki wody,
    • i dodatek czyli kilka łyżek otrębów
    Masa:
    • ok. 200 g zielonych szparagów
    • sporo zieleniny w postaci kiełków słonecznika, młodego szpinaku, bazylii, pietruszki i oregano 
    • 4 małe cebulki te dymkowe
    • 3 ząbki czosnku
    • 200 g sera brie
    • 180 ml śmietany
    • 1 jajko oraz sól & pieprz, świeżo zmielony.
    Przygotować ciasto.
    Masło należy rozetrzeć z mąką, otrębami i solą, dodać jajko wymieszane z wodą. Wyrobić ciasto na gładką,  jednolitą masę. Zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez minimum 20 minut. Ciasto rozwałkować i wyłożyć do nasmarowanej  formy. Ponakłuwać widelcem i ponownie schłodzić. Na ciasto położyć papier do pieczenia z wysypaną nań fasolą lub ryżem. Piec w piekarniku nagrzanym do 200 stopni jakieś 20 minut. Zdjąć papier i dopiec kilka minut.
    Następnie od szparagów odciąć głowki a łodyżki pokroić na talarki. Poddusić chwilę na rozgrzanej oliwie z wyciśniętym czosnkiem i cebulką i odłożyć główki na bok. Dodać szpinak, kiełki słonecznika, sól oraz  pieprz i poddusić krótką chwilę. Wymieszać śmiętanę z jajkiem, doprawić i dodać pozostałą, pokrojoną  drobno, zieleninę. Pokroić ser na cienkie plasterki. Rozłożyć podduszone warzywa, przykryć serem i zalać masą jajeczno-śmietanową. Na wierzchu położyć główki szparagowe. Piec około 25 minut, do czasu aż wierzch będzie ścięty i ładnie przyrumieniony. Podawać z sałatą lub czym innym.
                                    ********                                   
     Do zabawy w 10 zdjęcie zaprosiła nas



    poniedziałek, 7 czerwca 2010

    weekendowo

    Czyli wreszcie coś upiekłam: chleb (taki jak zwykle), pieczony ser z miętą i focaccia z oliwkami.

    Pieczony ser

    • 1 kg białego sera, półtłustego lub tłustego, takiego w kawałku, nie zmielonego, to nie sernik ;)
    • 4 jajka
    • duuża garść mięty
    • sól, pieprz


    Ser i jajka wymieszać, rękami lub tłuczkiem do ziemniaków, nie mikserem bo mają zostać grudki, w tym uroda tego sera. Dodać miętę, najlepiej oczywiście świeżą, grubo posiekaną, ale jeśli nie ma, to suszona też dobra, byle w całych liściach, a nie taka zmielona na amen jak w torebkach do zaparzania. Owe liście należy tylko lekko zgnieść.

    Doprawić solą i pieprzem, przełożyć do wyłożonych papierem foremek do zapiekania, tak do 2/3 wysokości bo rośnie podczas pieczenia. Piec 40-45 minut w 200 stopniach.

    Lidka, on ma być tak mocno przyrumieniony, naprawdę, to przypieczone jest najlepsze  ;)

    Focaccia z oliwkami


    • 8 g świeżych drożdży
    • 2 łyżki oliwy
    • 300 g mąki pszennej
    • zioła, ja miałam suszone pomidory z bazylią i czosnkiem, ale najlepszy jest świeży rozmaryn
    • po pół łyżeczki drobne i grubej soli morskiej
    • ok. pół szklanki wody
    • pół łyżeczki cukru
    • pół szklanki czarnych oliwek

      Drożdże wymieszać z cukrem, częścią wody i odrobiną mąki, odstawić na 20 minut do wyrośnięcia. Mąkę wymieszać z drobną solą, ziołami i oliwą, dodać wyrośnięte drożdże i wodę, wyrobić gładkie ciasto. Rozwałkować cienko na spryskanym oliwą blacie i przełożyć na blachę wyłożoną papierem. Najwygodniej jest rozwałkować ciasto od razu na macie silikonowej do pieczenia, to jest genialny wynalazek :)
      Przykryć folia spożywczą i zostawić do wyrośnięcia (ok. 1 godziny). Wyrośnięte ciasto spryskać oliwą, posypać grubą solą i powciskać w nie oliwki. Piec 15-20 minut w 200 stopniach.
      Podawać jeszcze gorące, pokrojone na dowolne kawałki (nożyczkami najprościej), świetnie się sprawdza jako danie w oczekiwaniu na grillowane potrawy :).

      2 chleby w garnku i 2 pasty jajeczne

      Dawno nie było chleba, a mam chwilę czasu więc nadrabiam zaległości;)
      Ponownie chleb w garnku bo metoda sprawdzona i niezawodna -
      chleb praktycznie "sam się robi", efekt pozytywnie zaskakuje za każdym razem. 
      Tutaj znajdziesz wszystkie nasze przepisy na chleby pieczone w garnku.

      Chleb nr 1- czyli pszenno- orkiszowy z pietruszką i ziarnami dyni:
      • 100 g (1dl) zakwasu żytniego,
      • 300 g (3 dl) wody,
      • 6 g świeżych drożdzy,
      • 150 g  mąki pszennej (tu Manitoba)
      • 200 g  mąki orkiszowej
      • 2 łyżki świeżej natki pietruszki 
      • 4 łyżki ziaren dyni
      • 50 g otrębów owsianych
      • 6 g (1 łyżeczka) soli,
      Wymieszać wodę i mąkę, drewnianą łyżką do połączenia się wszystkich składników. Zostawić przykryte na 30 minut, dodać sól, rozpuszczone w odrobinie wody drożdże, wszystkie nasiona oraz zakwas i wymieszać ponownie.
      A potem jak zwykle powtarzamy to co dotyczy wszystkich chlebów pieczonych  przeze mnie tą metodą, czyli znowu wklejam info.
      Przykryć folią plastikową i zostawić na 1 godzinę lub troche więcej. Ciasto ma wyrażnie urosnąć w tym czasie. Następnie wymieszać ciasto za pomocą łyżki, mieszając od dołu do góry, uzyskując w ten sposób coś w rodzaju naprężania ciasta.Powtórzyć tę czynność dwukrotnie, co godzinę. Ciasto rośnie wyraźnie w tym czasie. Po ostatnim naprężaniu pozwolić, żeby ciasto rosło, aż się podwoi. Wyłożyć ścierką kuchenną durszlak, koszyk lub miskę. Posypać ścierkę sporą ilością mąki. Wyłożyć dość rzadkie ciasto na posypany mąką blat, rozciągnąć w kształt kwadratu i poskładać formując zgrabną paczuszkę - co nie jest banalnie proste ze względu na konsystencję . Przełożyć paczuszkę do durszlaka i przykryć ścierką. Ciasto ma trochę urosnąć. U mnie trwało to ok. 1 godziny. W tym czasie nagrzać piecyk do temperatury 250 stopni, wstawiając do środka żeliwny garnek z pokrywką, lub inne naczynie z pokrywką. Wyjąć nagrzany garnek z piekarnika, i przełożyć delikatnie ciasto do garnka. Przykryć i wstawić do pieca. Po 15 minutach zdjąć pokrywkę, zmniejszyć temperaturę do 230 stopni i dopiec chleb przez 20-25 minut. Wyjąć garnek i wyrzucić chleb do ostygnięcia na kratkę.
       Chleb jest bardzo dobry, ziarenka dyni przyjemnie chrupią, a pietruszki dodanej do ciasta jak zwykle nie widać.



       Pasta z jajka nr 1:
      • 2 jajka na twardo
      • 2 łyżki serka homogenizowanego
      • 4 łyżki utartego sera żółtego (chętnie ostrego)
      • sól & pieprz
      • pietruszka i kiełki  groszku
      Rozgnieść jajka i wymieszać z serkiem i utartym serem. Dodać zielone i doprawić.
      Smakuje pysznie z rzodkiewkami.
        
                                                                                                                                         



      ********


      Chleb nr 2 - czyli orkiszowy z fenkułem:
      • 100 g (1dl) zakwasu żytniego,
      •  300 g (3 dl) letniej wody,
      • 6 g świeżych drożdzy,
      • 350 g  mąki orkiszowej
      • 3 łyżki siemienia lnianego
      • 3 łyżki ziaren fenkułu rozbitych w mozdzierzu
      • troszkę rozmarynu (1 łyżeczka), ale oczywiście można zrezygnować
      • 6 g (1 łyżeczka) soli
       Sposób postępowania dokładnie jak wyżej, z tym, że ciasto jest bardzo kleiste,  a chleb ma zupełnie inną konsystencję - jest cięższy.
      Pasta z jajka nr 2,  dość podobna do pierwszej. Zamiast serka jako sklejacz łyżka majonezu i łyżeczka musztardy Dijon. W roli zieleniny w tym wypadku wystąpił szczypiorek.

      niedziela, 6 czerwca 2010

      Tagliatelle ze szparagami i inną zieleniną

      Kolejna wiosenna kolacja, jak zwykle szybka i bardzo prosta, czyli po prostu makaron. A ponieważ sezon na szparagi jest u nas w pełni i od tygodnia są w sprzedaży te najlepsze z Gotlandii, więc oczywiście musiły się znależć na talerzu. Tym razem w towarzystwie młodego szpinaku, bazylii, czosnku i fety.

      Na 3 porcje:
      • 300 g tagliatelle (biało-zielone)
      • pęczek szparagów ok. 200 g
      • 150 g młodego szpinaku
      • kiełki chyba groszku * garść
      • dużo bazylii i pietruszki
      • 4 ząbki młodego czosnku
      • 2 dl śmietanki
      • 100 g fety
       Makaron ugotować al dente.
      Od szparagów odciąć głowki a łodyżki pokroić na talarki. Poddusić chwilę na rozgrzanej oliwie z wyciśniętym czosnkiem i odłożyć główki na bok. Dodać szpinak, kiełki, sól ew. pieprz i poddusić krótką chwilę. Rozgnieść fetę i wymieszać ze śmietanką, dodać sól i świeżo zmielony pieprz. Dodać sos śmietanowy do warzyw, zagotować ostrożnie i dodać ugotowany makaron. Wymieszać dokładnie, na wierzch położyć główki szparagowe i posypać pietruszką bazylią. Gotowe.
      * ärtskott, ärter = groszek (nie hoduję kiełków sama, tylko kupuję małe opakowania "gotowych"

      czwartek, 3 czerwca 2010

      Szwedzkie klimaty, czyli o kulkach mięsnych

      Swedish meatballs, (svenska köttbullar) czyli szwedzkie kulki mięsne, to prawdopodobnie najbardziej znana specjalność szwedzkiej kuchni,  a też na pewno obowiązkowy element tzw. szwedzkiego stołu (smörgåsbord). Jest to swoją drogą dosyć ciekawe, dlaczego akurat szwedzkie kulki miały takie międzynarodowe przebicie, stając się daniem sztandarowym i wręcz przysłowiowym. Przecież właściwie każda kuchnia narodowa ma swoją wersję tego, dość w końcu, prostego dania. Może dlatego, że generalnie szwedzka kuchnia nie jest kuchnią specjalnie wyrafinowaną. Szwecja była krajem niezwykle biednym i takie potrawy jak kulki mięsne należały długo do rarytasów, jedzonych od wielkiego święta. Świadczy o tym to, że na tradycyjnym szwedzkim stole wigilijnym,  nie znajdziemy poza właśnie kulkami mięsnymi, śledziami i szynką, wiele więcej,  czyli zwykłe, jedzone przez cały rok potrawy. Dodać też trzeba, że pod szwedzkie strzechy kulki zawędrowały dopiero w XIX w., co w głównej mierze związane było z rozpowszechnieniem maszynek do mielenia mięsa.To tyle rozważań natury ogólnej. 

      Tradycyjnie podaje się kulki w towarzystwie dżemu z borówek  (Lingonberry-jam, lingonsylt) i tzw. brązowego sosu. Każda szwedzka książka kucharska zawiera przynajmniej jeden przepis na kulki mięsne, a często więcej, i każdy dom ma swój ulubiony sposób na ich przyrządzenie. Nie ma też chyba domu, w którym jakaś wersja kulek mięsnych nie pojawiałaby się na stole przynajmniej kilka razy w miesiącu. I nic dziwnego, są bardzo smaczne i można je urozmaicać na nieskończone sposoby. Nie ma jednego, słusznego przepisu.
      Ja również wypracowałam sobie swój przepis oraz oczywiście jego wariacje,  i na żądanie najmłodszego członka rodziny robię kulki, może nie co tydzień, ale przynajmniej raz na miesiąc.

      Tym razem użyłam następujących składników:
      • 700 g mielonej cielęciny (najczęściej używam 50/50 mięsa wołowego/wieprzowego)
      • 4 łyżki bułki tartej namoczonej w mleku, śmietance lub wodzie (1 dl ok. 1/2 szklanki)
      • 1 duże jajko lub 2 małe
      • 1 cebula i 2 ząbki czosnku
      • dużo zielonej pietruszki
      • sól & pieprz, bazylia, chili i papryka
      • oliwa lub masło do smażenia
      Namoczyć bułkę tartą i zostawić na 10 min. Wymieszać wszystkie składniki (ja daję surowy wyciśnięty czosnek i bardzo lekko przysmażoną, drobno pokrojoną cebulę) bardzo dokładnie. Wilgotnymi rękami formować kulki o pożądanej średnicy - im mniejsze tym lepsze. Mnie się udają kulki o średnicy mniej więcej 1,5 cm. Nie jest to wbrew pozorom ani trudne ani specjalnie pracochłonne.
      Smażyć na rozgrzanej patelni, potrząsając nią często, żeby kulki były zrumienione z każdej strony. Co nigdy tak do końca się nie udaje, zawsze jakiś fragment jest bardziej przypieczony. Podawać z czym się chce. Pasują do wszystkiego, chętnie z ulubionym sosem.

      Tym razem zrobiłam do nich inną wersję jednej z ulubionych tutaj sałatek, też obowiązkowego gościa szwedzkiego stołu, czyli sałatkę buraczaną czy buraczkową.
      Bardzo spodobał mi się pomysł Polki na buraczane tzatziki vel tsatsiki (τζατζίκι) i zrobiłam jego wariant.

      Składniki:
      • 1 mały jogurt grecki lub turecki (b. gęsty)
      • 4 ząbki wyciśniętego czosnku
      • dużo zielonego koperku
      • sól i pieprz
      • 4 ugotowane (lub upieczone) buraki pokrojone w słupki.
      Wymieszać dobrze i schłodzić.
      Tradycyjnie sałatkę robi się z majonezem i creme fraiche, czasem z dodatkiem jabłka. Jest ona dośc łagodna w smaku.
      Niedawno widziałam przepis proponujący dodanie chrzanu i zrezygnowanie  albo z majonezu albo z creme fraiche. Wersja z czosnkiem była bardzo udana.
      Kulki mięsne (zimne tym razem) stanowią też element ulubionej przez Szwedów kanapki, która wygląda, mniej więcej, tak jak obok na zdjęciu. Trudno ją jeść bez widelca i noża, chociaż są tacy, którzy próbują.

      środa, 2 czerwca 2010

      Frittata à la tortilla de patatas

      Frittata,  tortilla, Kookoo, Дебиловка, Boerenomelet, omlette, omlet, Telur dadar i jeszcze wiele innych nazw na oznaczenie bardzo podobnej potrawy. W Szwecji jest powiedzenie Kärt barn har många namn, co oznacza Ukochane dziecko ma wiele imion. Jakoś bardzo mi pasuje właśnie tutaj. Trudno się zresztą dziwić wielkiej popularności omletu w różnych wersjach. Prosty i szybki, można do niego użyć niezliczonej ilości ingrediencji, zawsze smaczny i nigdy taki sam.  Ma jeszcze jedną wielką zaletę - jeśli są w domu jajka i  pozostałości po innym jedzeniu, można stosunkowo tanio zrobić bardzo szybką kolację, lunch czy coś na piknik. Frittata krążyła po mojej podświadomości od jakiegoś czasu, podejrzewam, że to wina fritaty z bobem miss_coco, która pojawiła się na jej blogu jakiś czas temu. Bób zużyłam do sałatki, więc zrobiłam frittatę  à la tortilla de patatas, ponieważ w warzywnej szufladzie poniewierały się między innymi 2 ziemniaki.

      Składniki na 3 osoby:
      • 5 jajek
      • odrobina śmietanki lub mleka
      • 1 cebula (średnia)
      • 2 ziemniaki
      • 100 g bekonu (lub kawałek chorizo), bez w wersji wegetariańskiej.
      • 1 papryka
      • 2 pomidory (4 małe lub 10 malutkich)
      • 1 czerwona papryczka chili (lub mniej)
      • 1-2 ząbki czosnku,
      • 3 lyżki utartego ostrego sera (u nas szwedzki prästost)
      • dużo zieleniny, (bazylia, oregano, szczypiorek, pietruszka), sól & pieprz.
      Obrane ziemniaki pokroić na cienkie plasterki i podsmażyć na oliwie, aż zaczną sie robić przezroczyste i trochę przyrumienione. Dodać pokrojony drobno bekon i cebulę oraz czosnek i smażyć jeszcze z wyczuciem  dobrą chwilę. W ostatniej chwili dodać paprykę. Przełożyć do płaskiej foremki o dosyć wysokich brzegach (moja ma 20x20 cm), lub zostawić na patelni jeśli można jej używać w piekarniku. Jajka rozbełtać ze śmietanką (nie jest konieczna), dodać wszystkie inne pokrojone składniki tzn. pomidory,  zieleninę, chili, przyprawy i zalać ziemniaki masą jajeczną. Włożyć do nagrzanego na 180 stopni piekarnika i piec do momentu ścięcia się jajek i przyrumienienia całości. Jeść na ciepło lub w temperaturze pokojowej z zieloną sałatą.


      Pomidory, których użyłam miały kolor pomarańczowy, co widać obok.
      Przy okazji robienia tego typu potraw, przychodzi mi zawsze do głowy kolejne szwedzkie powiedzenie, pasujące tu jak ulał. Mianowicie man tager vad man haver, co w dosłownym tłumaczeniu brzmi : bierzesz co masz. Co ciekawe,  język oczywiście się bardzo zmienił, ale w tym wypadku używa się zawsze formy w tej chwili archaicznej.
      Taga - brać skrócono do ta, hava - mieć skrócone jest do ha. Ale w wersji wspólczesnej nie brzmi to tak dobrze.

      Jest w zasadzie ogromna ilość potraw, która powstała właśnie w taki sposób - bierz co masz, lub inaczej przegląd lodówki. Ciekawi mnie jakie znacie, robicie i lubicie i jakich określeń używacie w tym kontekście?
      Miło będzie poczytać ewentualne komentarze. Mam nadzieję, że krótki wykład na temat szwedzkich powiedzeń nie znudził nikogo, no w każdym razie nie śmiertelnie;)
      Myślę, że chociaż sposób przygotowania nie jest typowy, jednak ze względu na składniki, zaliczę tę fritatę do kuchni hiszpańskiej.