poniedziałek, 1 lutego 2010

Zaczęło się od zakwasu...

Mój pierwszy zakwas okazał się bronią biologiczną o znacznej sile rażenia, co mnie całkowicie zniechęciło i pozostałam przy pieczeniu chleba na drożdżach. Ale zakwas mnie korcił, bo od lat żadna piekarnia w okolicy nie oferuje chleba na samym zakwasie, a ja taki bardzo lubię, a jeszcze bardziej mój mąż. Dlatego kilka tygodni temu podjęłam kolejną próbę.
W szklanym dzbanku wymieszałam po 150 ml przegotowanej wody i żytniej razowej mąki. Potem codziennie dorzucałam po 100 ml, mieszałam i obserwowałam. Szybko zaczęło bąbelkować, ale pachniało niezbyt zachęcająco. Po pięciu dniach postanowiłam spróbować. Upiekłam całkiem zgrabną cegłówkę ;)
Czyli po prostu się pospieszyłam, bo większość źródeł, jakie przejrzałam (blogi, książki), każe czekać z pieczeniem dopóki zakwas nie zacznie pachnieć przyjemnie, owocowo. Mój po następnych trzech dniach dokarmiania pachniał jak świeżo przekrojone jabłko, podobno właśnie tak ma być.
W każdym razie następny chleb się udał:


Nie pamiętam w jakich proporcjach zrobiłam ciasto, wszystkich następnych też. I trochę tego żałuję, bo z kilku byłam naprawdę zadowolona, a nie potrafię ich powtórzyć, za to powtarzam błędy, które już kiedyś popełniłam. Dlatego uznałam tego bloga za świetny pomysł.

Wracając do zakwasu, przechowuję go na kuchennym blacie, dokarmiam co 1-2 dni dodając 150 ml mąki i wody, staram się też raz dziennie zamieszać. Piekę chleb co 3-4 dni, więc akurat uzbiera mi się odpowiednia ilość zakwasu. Wg. tego, co wyczytałam, jeśli piecze się rzadziej, to zakwas należy wstawić do lodówki i wyjmować na dzień przed pieczeniem, dokarmiając oczywiście.

Dziś zamierzam nastawić zakwas pszenny.

Brak komentarzy: